— W bok o jedną kreskę! — zawołał pan Riach.
— Rafa po stronie wiatru!
Ale w tejże chwili prąd poniósł okrętem, stawiając żagle sztorcem do wiatru. Bryg skręcił się pod wiatr jak chorągiewka na dachu, a za chwilę z takim łoskotem grzmotnął w rafę, iż wszyscy upadliśmy plackiem na pokład, a pan Riach omal że nie zleciał ze swego siedziska na maszcie.
W mig zerwałem się na nogi. Rafa, o którąśmy uderzyli157, znajdowała się tuż pod południowo-zachodnim cyplem Mull, opodal małej wysepki, zwanej Earraid, która czerniła się niepozornie od strony bakortu158. Wodne przewały to rozbijały się nad nami, to znowu jedynie osadzały nieszczęsny bryg na rafie, tak iż słyszeliśmy, jak kruszył się na drzazgi. A był ci taki łomot żagli, taki poświst i wycie wichru, taka ulewa rozbryzgów perlących się w miesięcznej poświacie, taka groza niebezpieczeństwa, iż chyba dostałem jakiejś kołowacizny, bo zaledwie mogłem zrozumieć to, na com spoglądał.
Naraz ujrzałem pana Riacha i marynarzy krzątających się koło szalupy, więc, jeszcze w onym oszołomieniu, pobiegłem, by im pomagać; i ledwo tylko wziąłem się do roboty, odzyskałem znów przytomność umysłu. Niełatwe to było zadanie, gdyż szalupa znajdowała się pośrodku okrętu i była pełna różnych gratów, a łomotanie wzburzonego morza ustawicznie zmuszało nas do przerywania pracy i szukania równowagi; jednakże pracowaliśmy jak konie, wedle sił i możności.
Tymczasem ci spośród ranionych, którzy mogli się poruszać, wygramolili się przez lukę159 przednią i zaczęli nam pomagać; natomiast pozostali, którzy bezradnie leżeli na tapczanach, nękali mnie swym skomleniem i prośbami o ratunek.
Kapitan do niczego się nie wtrącał. Rzekłbyś, że mu rozum odebrało. Stał, trzymając się karnatów160, rozmawiał sam z sobą i jęczał głośno, ilekroć okręt tłukł o rafę. Ten bryg, jego bryg, był mu prawie żoną i dzieckiem. Mógł ci161 kapitan patrzeć nieczule dzień po dniu na katowanie biednego Ransome’a — atoli, gdy poszło o bryg, to zdawał się cierpieć pospołu z nim.
Z całego tego czasu, kiedyśmy pracowali koło łodzi, jedną jeszcze rzecz zdołałem zapamiętać, a mianowicie, że, zerkając w stronę wybrzeża, zapytałem Alana, jaka to okolica; on zaś odpowiedział, że dla niego najgorsza, jaka tylko być może, gdyż jest to kraj Campbellów.
Przykazaliśmy jednemu z ranionych, aby przyglądał się morzu i krzykiem dawał nam ostrzeżenie. W sam raz byliśmy już prawie gotowi spuścić szalupę, gdy ów człek wykrzyknął przeraźliwym głosem.
— Trzymać się, na miłość Boską!