Wiedziałem, bądź co bądź, że ostrygi i inne ślimaki powszechnie uchodzą za dobrą strawę; właśnie pośród skał wyspy znalazłem mnóstwo małż, których zrazu nie mogłem oderwać od ich siedliska, nie wiedząc, że trzeba czynić to od jednego zamachu i sprawnie. Ponadto było też trochę małych śliniaczków, które, o ile się nie mylę, nazywają turbaczkami. Te dwa gatunki mięczaków miałem za całą i jedyną żywność, zjadając je na zimno i na surowo, tak jakem je znajdował170; a byłem tak zgłodniały, iż początkowo wydawały mi się wyborne.

Czy to były one przestarzałe, czy też w morzu dokoła mej wyspy było coś niedobrego — dość na tym, że ledwo spożyłem to pierwsze śniadanie, pochwyciły mnie wymioty i zawrót głowy i przez czas jakiś leżałem na pół żywy. Powtórne zakosztowanie tejże strawy (boć zaiste nie miałem innej) lepiej mi posłużyło i wzmocniło mnie na siłach. Atoli dopókim był171 na wyspie, nigdy nie wiedziałem, czego mam się spodziewać po jedzeniu; niekiedy wszystko było w porządku, niekiedy zaś wpadałem w okropną niemoc — i nigdy nawet nie potrafiłem odróżnić, który rodzaj mięczaków tak mi szkodził.

Przez cały dzień lał rzęsisty deszcz; wyspa cała mokra była jak gąbka i niepodobna było na niej znaleźć skrawka suchej ziemi. W noc zaś ową, gdym spoczywał pomiędzy dwoma głazami, które tworzyły coś w rodzaju dachu, stopy moje nurzały się w bajorku.

Nazajutrz zacząłem zwiedzać wyspę na wszystkie strony. Żadna jej część nie była lepsza od drugiej; cała przestrzeń była pustynna i skalista; nigdzie nie było żywej istoty, prócz cietrzewi, na które nie miałem czym zapolować, i rybitw, które w niezmiernej liczebności roiły się na skalnych występach. Ale odnoga, czy raczej cieśnina, która oddzielała wysepkę od Ross, rozszerzała się na północy w zatokę, zatoka znowu rozszerzała się w sund172 Iona; w sąsiedztwie tejże było miejsce, które obrałem sobie za domostwo, chociaż na samą myśl o domostwie w takim miejscu łzy rzucały mi się do oczu.

Wybór ten nie był bez przyczyny. W tej to części wyspy znajdowała się maleńka lepianka z wyglądu podobna do chlewa, w której zwykli byli sypiać rybacy, gdy przybywali tu w czasie połowu; atoli torfowy dach na niej zapadł się doszczętnie, tak iż z szałasu tego nie miałem pociechy, gdyż dawał mi mniejszą osłonę niż moje skały. Co ważniejsza, ślimaki, którymi się żywiłem, mnożyły się tu w wielkiej obfitości; gdy był odpływ, mogłem od razu gromadzić cały ich zasób — a było to niewątpliwie wielka wygoda. Ale była jeszcze inna, głębsza przyczyna, żem się tu osiedlił. Oto żadną miarą nie mogłem się oswoić z przerażającą pustką wysepki, ale wciąż rozglądałem się na wszystkie strony, niby człek ścigany, jednocześnie z lękiem i nadzieją, iż obaczę jakąś nadchodzącą postać ludzką. Otóż wyszedłszy nieco na stok wzgórza wznoszącego się nad zatoką, mogłem dojrzeć wielki, starożytny kościół oraz dachy domostw w Ionie; po drugiej zaś ręce, ponad niziną Ross, widziałem rano i wieczorem bijące w górę dymy, jak gdyby pochodzące z jakiegoś siedliszcza w dolinie.

Zwykłem się przyglądać temu dymowi, gdy byłem zmokły i zziębnięty i gdy w głowie mi się zawracało od tej samotności; rozmyślałem wówczas o ognisku i ludzkim towarzystwie, aż serce gorzało mi tęsknotą. Tak samo bywało z dachami w Ionie. W ogóle ten widok ludzkich osiedli i wygodnego życia, acz rozogniał moją boleść, ożywiał jednocześnie moją nadzieję, pomagał mi spożywać mięczaki (do których niebawem nabrałem obrzydzenia) i wybawił mnie z poczucia grozy, jakiego doznawałem zawsze, ilekroć znalazłem się w zupełnej samotności pośród martwych skał i ptastwa173, wśród deszczu i chłodnej roztoczy morskiej.

Powiedziałem, iż widok ten utrzymywał we mnie i nadzieję; istotnie, wydawało się to rzeczą niemożliwą, bym miał być rzucony na pastwę śmierci na brzegach mego rodzinnego kraju, skąd można było dostrzec wieżę kościelną i dym ludzkich osiedli. Ale upłynął i drugi dzień; pomimo iż przez cały czas, póki było widno, bacznie wypatrywałem łodzi jadącej sundem lub ludzi przechodzących wzdłuż Ross, to jednak pomoc znikąd nie nadchodziła. Deszcz jeszcze kropił, więc położyłem się spać, wciąż jednakowo zmokły i dręczony bólem gardła, ale nieco pokrzepiony na duchu — może tym, iż przed zaśnięciem powiedziałem dobranoc moim najbliższym sąsiadom, mieszkańcom Iony.

Karol II głosił, że w klimacie angielskim można więcej dni do roku przepędzać pod gołym niebem niż w klimacie innych krajów. Łatwo to było mówić królowi mającemu pod bokiem pałac i zmianę suchej odzieży. Jednakowoż nawet w czasie ucieczki z Worcester ponoć bardziej dopisywało mu szczęście, niż mnie na tej nieszczęsnej wyspie. Był to najgorętszy okres lata, mimo to dżdżyło więcej niż przez dobę i nie wypogodziło się, aż dopiero na trzeci dzień popołudniu.

Był to dzień pełen wydarzeń. Rankiem obaczyłem174 sarniego kozła o pięknie rozgałęzionych rogach, stojącego w deszczowej omży175 na szczycie wyspy; atoli176 ledwo mnie ten rogacz zoczył177 wyłażącego spod skały, natychmiast zbiegł na drugą stronę. Przypuszczam, iż musiał on przepłynąć cieśninę, jednakże nie mogę pojąć, co mogło sprowadzać na Earraid jakąkolwiek zwierzynę.

Wkrótce potem, gdy hasałem wokoło, poszukując ślimaków, wzdrygnąłem się na widok gwinei, która upadła na skałę przede mną i błyszcząc potoczyła się w morze. Gdy żeglarze oddali mi pieniądze mnie należne, zatrzymali sobie nie tylko prawie trzecią część całkowitej sumy, ale i skórzaną sakiewkę mego ojca, tak iż od owego dnia nosiłem pieniądze luźno w kieszeni wraz z guzikiem. Obecnie przekonałem się, że w kieszeni musi być dziura, więc czym prędzej przytknąłem do niej swą rękę. Ale było to tyle, co zamykać stajnię, gdy już skradziono kobyłę. Gdym opuszczał wybrzeże w Queensferry, byłem panem bez mała pięćdziesięciu funtów, teraz zaś znalazłem przy sobie zaledwie dwie gwinee i jeden srebrny szyling.