Uczułem zarazem niepomierną obawę i otuchę; albowiem pomyślałem sobie, że ci ludzie może zawstydzili się swego okrucieństwa i wracali, by przyjść mi z pomocą. Atoli gdybym i dziś miał doznać takiego rozczarowania, jak wczoraj, nie wiem, czy zdołałbym je przeżyć. Mając to na względzie, odwróciłem się plecami do morza i nie obejrzałem się, ażem doliczył180 do kilkuset. Łódź wciąż zmierzała ku wyspie. Odwróciłem się ponownie i liczyłem do okrągłego tysiąca jak tylko mogłem najwolniej, a serce biło we mnie boleśnie. Ale teraz nie było już żadnej wątpliwości! Łódź płynęła wprost na Earraid!

Nie mogłem już ustać na miejscu, ale pobiegłem nad brzeg i dalejże chybać ze skały na skałę, jak daleko tylko zdołałem się dostać. Dziw, żem nie utonął; albowiem, gdy zmuszony byłem na koniec się zatrzymać, nogi trzęsły się pode mną, a w ustach tak mi zaschło, że musiałem zwilżyć je wodą morską, zanim zdobyłem się na to, by krzyknąć.

Przez cały ten czas łódź podjeżdżała coraz to bliżej i potrafiłem już rozeznać, że była to ta sama łódź i ci sami w niej ludzie, co wczoraj. Poznałem to po ich włosach, gdyż jeden miał jasno płowe, a drugi czarne. Ale obecnie był pomiędzy nimi i trzeci człowiek, który zdawał się należeć do lepszego stanu.

Skoro przybyli na odległość, skąd można się było swobodnie rozmówić, zwinęli żagiel i stanęli w miejscu. Pomimo mych błagań nie podjechali już bliżej, a co najwięcej mnie trwożyło, ów trzeci człowiek wybuchał śmiechem, rozmawiając z towarzyszami i poglądając na mnie.

Naraz powstał w łodzi i gadał do mnie przez czas jakiś, bełkocąc prędko i ustawicznie wymachując rękami. Odpowiedziałem mu, że nie rozumiem po gallicku; on na to bardzo się rozgniewał, a ja zacząłem przypuszczać, iż on mniemał, jakoby mówił po angielsku. Przysłuchując się z wielką uwagą pochwyciłem jedynie kilkakrotnie wyraz „whateffer 181”, ale reszta była po gallicku... a było to dla mnie tyle samo, co tureckie kazanie.

What ever — rzekłem, by mu pokazać, że pochwyciłem jedno słowo.

— Tak, tak... tak, tak... — rzecze on na to, a potem spojrzał na innych, jak gdyby chciał powiedzieć: „A co? Widzicie, że mówię po angielsku!”.

I zaczął znów, jakby nic, wysławiać się mową gallicką. Tym razem wyłowiłem inny znowu wyraz: tide182. Na to słowo zabłysła nadzieja w mym sercu. Przypomniałem sobie, że on stale machał ręką w stronę Ross.

— Czy chcesz powiedzieć, że gdy przyjdzie odpływ...? — zawołałem i nie mogłem dokończyć.

— Tak, tak — odrzekł. — Odpływ.