Odpowiedział mi, że nie, gdyż ów człek przybył tu z gołą głową, jak i ja.
Zrazu myślałem, że Alan pewno zgubił kapelusz; potem zaś przypomniałem sobie deszcz i bardziej mi się wydało prawdopodobnym przypuszczenie, iż mój przyjaciel, nie chcąc swego nakrycia głowy na szwank narażać, schował je pod płaszcz. Uśmiechnąłem się, po trosze z radości z powodu ocalenia mego przyjaciela, po trosze na myśl o jego próżności w stroju.
Wówczas stary jegomość przyłożył rękę do czoła i zawołał, że ja to muszę być ów chłopak ze srebrnym guzikiem.
— A jakże! — odrzekłem, nieco zdziwiony.
— To dobrze — rzekł stary jegomość — mam dla ciebie zlecenie, że masz iść za swoim przyjacielem do jego stron rodzinnych, do Torosay.
Następnie zapytał mnie, jakem tu przywędrował185, ja zaś opowiedziałem mu swoje koleje. Mieszkaniec południowych okolic pewno by mnie wyśmiał, lecz ten stary jegomość (nazywam go tak ze względu na jego obycie, gdyż odzienie spadało mu strzępami z pleców) wysłuchał mnie z powagą i współczuciem. Gdy skończyłem, wziął mnie za rękę, wprowadził mnie do swej budy (bo jego sadyba nie zasługiwała na lepszą nazwę) i przedstawił mnie swej żonie, jak gdyby ona była królową, ja zaś książęciem.
Poczciwa kobiecina zastawiła przede mną placek owsiany i zimne pieczyste z drobiu, uśmiechając się wciąż do mnie i klepiąc mnie po ramieniu, gdyż nie umiała mówić po angielsku, zaś stary jegomość, nie dając się jej wyprzedzić, nawarzył mi mocnej polewki z tamecznej186 gorzałki. Gdym jadł187, co mi podano, a potem gdy popijałem polewkę, ledwo chciało mi się wierzyć własnemu szczęściu — i dom ów, acz zadymiony gęsto kopciem torfowym i pełen dziur jak rzeszoto, wydawał mi się istnym pałacem.
Polewka sprowadziła na mnie setne poty i twardy sen. Poczciwi ludziska dali mi spać spokojnie, tak iż było już południe dnia następnego, zanim ruszyłem w dalszą drogę; gardło już mi mniej dolegało, a humor mi się poprawił przez tę pomyślną podróż i pomyślne wiadomości. Stary jegomość, choć bardzo nań nalegałem, nie chciał przyjąć pieniędzy i dał mi stary kapelusz, bym miał czym osłonić głowę. Przyznam się jednak szczerze, że zaledwie domostwo zniknęło mi z oczu, natychmiast skwapliwie wypłukałem ten jego dar w pierwszej krynicy przydrożnej.
Przychodziło mi na myśl:
— Jeżeli to mają być owi dzicy górale, rad bym, by moi rodacy byli jeszcze dziksi.