— Jaki? — huknął ostro ów głos.
Powtórzyłem słowa poprzednie.
— A któżeś ty zacz? — brzmiało następne pytanie po dłuższej chwili milczenia.
— Nie wstydzę się swego nazwiska — odparłem. — Zwą mnie Dawid Balfour.
Na te słowa, jak wnoszę, człowiek ów cofnął się, gdyż posłyszałem, jak garłacz zachrzęścił na parapecie okna; dopiero po długiej, bardzo długiej przerwie głos ów, osobliwie jakoś zmieniony, zadał następne pytanie:
— Czy ojciec twój umarł?
Byłem tak tym zaskoczony, że nie stało mi głosu na odpowiedź, lecz stałem nieruchomo, wytrzeszczając oczy.
— Tak — podjął znowu ów człowiek — on chyba już umarł, nie masz wątpliwości; i chyba to zmusza cię do kołatania w moje wrota. — Znów nastała cisza, a potem ów rzecze niedowierzająco i oschle. — No dobrze, człowiecze; wpuszczę cię do mieszkania.
To rzekłszy, odszedł od okna.