I zapominając o mej obecności, łajał go przez czas dłuższy po gallicku. Chłopak nic nie odpowiadał, za to żona na wzmiankę o powieszeniu zakryła sobie twarz fartuchem i zaszlochała głośniej niż przedtem.
Przykro było widzieć i słyszeć to wszystko takiemu jak ja cudzoziemcowi; toteż byłem iście rad, gdy powrócił Alan, wyglądający godnie w swym paradnym mundurze francuskim, chociaż rzecz prosta, mundur ten był obecnie nazbyt potargany i zwiotczały, by zasługiwać na nazwę paradnego. Z kolei zajął się mną drugi syn Jakuba, dając mi zmianę odzieży, której tak dawno było mi potrzeba, oraz parę kierpców góralskich ze skóry jeleniej, które zrazu wydały mi się dość dziwaczne, ale po krótkim noszeniu okazały się bardzo wygodne i dopasowane do nogi.
Przez ten czas, zanim powróciłem, Alan zapewne opowiedział swoje dzieje, gdyż widocznie rozumiano, iż mam z nim uciekać i wszyscy krzątali się, by zaopatrzyć nas na drogę. Dano nam obu po szabli i parze pistoletów, choć co do pierwszego oręża wyznałem, iżem do niego niezaprawiony; oprócz nich i prócz zapasu amunicji dostaliśmy worek kaszy owsianej, żelazny kubek oraz butelkę tęgiej wódki francuskiej — i byliśmy już gotowi do wymarszu. Prawda, że brakło nam pieniędzy. Ja posiadałem jeszcze około dwóch gwinei; Alan, wysławszy trzos z pieniędzmi przez innego gońca, jak nakazywała rzetelność, miał za cały majątek nieledwie siedemnaście pensów; co zaś się tyczy Jakuba, to zdaje się, tak się zubożył podróżami do Edynburga i kosztami prawnymi na rzecz dzierżawców, iż z biedą potrafił wygrzebać nieco drobnych pieniędzy, przeważnie w miedziakach.
— To nie wystarczy — rzekł Alan.
— Powinniście znaleźć sobie bezpieczne schronienie gdzieś w pobliżu — mówił Jakub — i posłać mi wieść o sobie. Jak widzisz, musisz gracko wywinąć się z tego tartasu, Alanie. Czas nagli! Nie ma co marudzić dla głupich paru gwinei. Oni niechybnie cię tu zwęszą, niechybnie będą szukali i niechybnie ciebie obciążą winą za dzisiejsze zdarzenie. Jeżeli niesława ta spadnie na ciebie, tedy spadnie i na mnie, bo jestem twoim bliskim krewniakiem i gościłem ciebie w mym domu, gdyś bawił w naszej krainie. A jeżeli spadnie na mnie... — tu przerwał i zbladłszy na twarzy, jął kąsać sobie palce. — Byłaby to rzecz bolesna dla naszych przyjaciół, gdyby mnie powieszono.
— Byłby to dzień nieszczęsny dla Appinu — rzekł Alan.
— Ten ci to dzień właśnie nie chce przejść mi przez myśl i przez gardło — mówił dalej Jakub. — Człowiecze, człowiecze, człowiecze... mój Alanie! Rozmawialiśmy obaj przódy219 jak dwaj głupcy!
Tak krzycząc, tłukł dłonią w ścianę, aż rozlegało się po całym domu.
— Tak, prawda i to — rzekł Alan — a ten oto przyjaciel mój z Nizin — (tu skinieniem głowy wskazał na mnie) — dawał mi dobrą radę tyczącą się onej głowy... gdybym tylko chciał go posłuchać!
— Ale zważ no — prawił Jakub, powracając do poprzedniego usposobienia — jeżeli uda się im mnie nakryć, Alanie, to wtedy, gdy tobie będzie potrzeba pieniędzy. Albowiem wobec tego wszystkiego, co ja mówiłem i co tyś mówił, pozory będą bardzo silnie przemawiały przeciwko nam obu; czy ci to przyszło na myśl? Spróbuj no tylko ze mną się porozumiewać, a zobaczysz, że ja sam będę zmuszony zadokumentować ciebie, ba, będę musiał naznaczyć cenę na twoją głowę... a jakże, będę do tego zmuszony! Bolesna byłaby to sprawa we wzajemnych stosunkach tak bliskich przyjaciół, ale jeżeli na mnie spadnie zakała tego okropnego wypadku, to będę musiał się bronić, mój drogi. Czy to rozumiesz?