— Wygrałem zakład, albowiem popełniłem zbrodnię. Zdarzyło się przed laty, że skutkiem pewnych okoliczności zapoznałem się dokładnie z metodami detektywów, śledzących winowajcę i to mnie napełniło przekonaniem, że zbrodniarz, który dokonywa czynu swego bez świadków, z zupełnym spokojem, rozmysłem i zimną krwią, bezpieczny jest mniej więcej przed śledztwem. Pragnąłem uzyskać sposobność stwierdzenia tego przypuszczenia, to znaczy chciałem dokonać zbrodni, w tym tylko celu, by wystawić na próbę zręczność detektywów. Główną trudność stanowiło to, że człowiek honoru jest bardzo ograniczony w wyborze zbrodni, jakie chce popełnić. Przez cały szereg lat nie mogłem znaleźć sposobu zaspokojenia tego mego zamysłu, aż wkońcu przypadek nadarzył mi upragnioną sposobność. Proszę napełnić szklanki!

Milczał, podczas gdy spełniano rozkaz jego. Kelnerzy nalewali szampana, gdy zaś jeden z nich przystąpił do Thaureta, Francuz zażądał burgunda a Barnes uczynił to samo.

— Jak panowie wiecie może, — podjął po odejściu kelnerów — mam pasję zbierania klejnotów. Przed paru laty doniesiono mi, że jest do nabycia mała, ale bardzo cenna kolekcja, prawdziwe arcydzieła w swoim rodzaju i to w podwójnych egzemplarzach, równych wielkością, szlifem i barwą. Kolekcja ta, pierwotnie własność pewnego księcia hinduskiego, została po jego śmierci rozdzielona pomiędzy dwie córki, bliźniaczki, przez co wartość jej została znacznie zredukowaną, bowiem wiadomo, że parę zupełnie podobnych klejnotów płaci się nierównie wyżej, niż każdy z nich pojedynczo. Zmienne koleje losu zmusiły jedną z księżniczek do sprzedania kamieni. Zwróciła się do paryskiego jubilera, z którym już nieraz miałem sprawy, a on odprzedał mi tę kolekcję nieoprawnych klejnotów. Przykład siostry oddziałał na drugą księżniczkę, która zwróciła się do tego samego pośrednika. Oczywiście, zależało mi bardzo na posiadaniu duplikatów, zwiększających znacznie wartość zbioru, przeto kupiłem je także.

Umilkł na chwilę, by goście ochłonęli z wrażenia, iż skradzione klejnoty były także jego własnością.

— Poleciłem jubilerowi, by drugą przesyłkę wysłał przez Boston, gdzie, jak wiem z doświadczenia, szybciej odbywa się ekspedycja celna, a gdy mnie o tem zawiadomił, pojechałem do Bostonu, po odbiór klejnotów. Puzderko włożyłem do torebki, sporządzonej specjalnie wedle zleceń moich, i zamknąłem w szufladzie biurka w hotelu Vendome. Pod wieczór, spotkawszy Randolpha, poszedłem z nim do teatru. Chciał pociągiem o dwunastej wracać do Nowego Jorku, przeto odprowadziłem go na dworzec. Możecie sobie, panowie, wyobrazić moje zdumienie, gdy stojąc przy kasie ujrzałem jakąś kobietę, która przechodziła tuż obok z torebką moją. Pomyłka była wykluczona, bowiem torebka była niezwykła co do kształtu i barwy, jak to już zaznaczyłem. Wiedziałem, oczywiście, niezwłocznie, że mnie okradziono. Próżną stratą czasu było wracać do hotelu, gdyż cudem tylko mogły się zdarzyć dwie takie torebki. Podczas kiedym dumał co czynić dalej, zaczął Randolph piać hymny pochwalne ku czci Mr. Barnesa. Po zawarciu zakładu błysnęło mi, że mam oto pożądaną zdawna sposobność odkradzenia złodziejce własności mojej. Na wypadek schwytania, nie mogłem być karany, w przeciwnym razie wygrywałem zakład, mając ponadto miłą emocję. Randolph zasnął zaraz, ja atoli spać nie mogłem, myśląc o klejnotach wartości stu tysięcy dolarów. Dumając co czynić, musiałem zdrzemnąć się trochę, gdy nagle pociąg stanął. Była to pierwsza stacja New Hawen i zaraz mi przyszło na myśl, że złodziejka może tutaj wysiąść. Już miałem wstać, gdy spostrzegłem przez okno, przy którem się mieściło na szczęście miejsce moje, po stronie pociągu odwróconej od peronu, jakiegoś człowieka, który skradał się w sposób podejrzany. Zwróciło to uwagę moją — i gdy mijał okno, zauważyłem przy świetle latarni, że ma w ręku wiadomą torebkę. Złodziejka została tedy ze swej strony okradziona. Człowiek ten podszedł ostrożnie do stosu brykiet węgla przy torze, wyjął dwie, wsunął torebkę, zatkał otwór jedną, a drugą odrzucił. Potem wrócił do pociągu i wsiadł. — To mistrz wielki! — pomyślałem. — Pozostanie w pociągu aż do odkrycia kradzieży, pozwoli się najspokojniej w razie potrzeby zrewidować, potem zaś wróci potajemnie i zabierze torebkę z klejnotami! Trzeba było działać spiesznie. Opuszczając wagon w sposób zwyczajny, mogłem zostać spostrzeżony. Dlatego spuściłem cicho okno, wylazłem na zewnątrz, odnalazłem torebkę i pobiegłszy na koniec dworca, wsunąłem ją pod podest towarowy, zbudowany z kloców drzewa, gdzie łatwo mi było odnaleźć własność moją. Zaręczam wam, panowie, że przez resztę podróży spałem wyśmienicie.

Zebrani dali oklaski, a Mitchel podziękował ukłonem.

— Drodzy przyjaciele, — rzekł — nie skończyłem jeszcze. Dama, którą widziałem z torebką moją, była na tyle bezczelna, że zgłosiła stratę. Gdyśmy się zbliżali do Nowego Jorku, kazał Mr. Barnes zrewidować wszystkich. Domyślałem się, że podsłuchał mój zakład z Randolphem, że miał mnie w podejrzeniu i byłem wielce rozradowany. Z drugiej strony jednak, obecność detektywa była mi niezbyt miłą, gdyż miałam zamiar wracać co prędzej do New Hawen, celem zabezpieczenia klejnotów.

Zaprosiłem go na śniadanie, a w ciągu rozmowy udawałem, iż go namawiam, by mi nie nasyłał na kark innych jeszcze detektywów. W rzeczywistości jednak chciałem wybadać, czy może zaraz wysłać za mną szpiega, to jest, czy ma jakiegoś pomocnika na dworcu centralnym. Przekonałem się, że tak było w istocie. Dlatego musiałem zrazu udać się do mieszkania i czynić wszystko tak, jakbym nie miał zamiaru opuszczać miasta. Potem udało mi się, przy pomocy bardzo do tego celu sposobnych mostów kolei nadziemnej, umknąć przed pościgiem i pojechać do New Hawen. Tam znalazłem torebkę i oddałem ją w przechowanie płatniczemu pobliskiej stacji gospody. Łatwo odgadnąć cel, jaki miałem. Wiedząc, że sprawę podniosą dzienniki, chciałem przez dziwne zachowanie... oczywiście, będąc przebrany... skierować tam uwagę. Stało się to i klejnoty zostały oddane pod opiekę policji. Trudno było o miejsce bezpieczniejsze. Oto, moi panowie, dzieje dokonanej zbrodni. Wystarczy mi pokazać pokwitowanie bostońskiego urzędu cłowego i rachunek paryskiego jubilera, a własność moja zostanie mi wydaną. Czyś teraz zadowolony, Randolphie?

— Najzupełniej. Wygrałeś zakład uczciwie. Mam przy sobie czek na wiadomą kwotę, którą przyjąć musisz, wraz ze szczerą gratulacją z powodu powodzenia.

— Dziękuję ci! — powiedział Mitchel, biorąc czek. — Użyję tej sumy w sposób, o którym dowiesz się zaraz. Przedtem jednak opowiem historję drugiej kradzieży.