Barnes zrozumiał dobrze. Wpadł tedy znowu, a nie mógł nic poradzić bez przykrego wystąpienia. Spojrzenie Mitchela przypomniało mu złożone przyrzeczenie. Przyszło mu na myśl, że był głupcem dając je i że wogóle przyszedł do tego domu. Ale nagle nastąpiło coś, co skierowało jego uwagę gdzieindziej. Służąca zaanonsowała:

— Mr. Alfons Thauret.

Detektyw przypomniał sobie zaraz nazwisko, wydrukowane na bilecie, który mu wręczył Francuz, nim wysiadł z pociągu w Stamford. Spojrzawszy bystro na Mitchela, zauważył wyraz niechęci. Czy mężczyźni ci znali się, a może też byli nawet sprzymierzeńcami?

— Mr. Mitchel, — rzekła Dora — przedstawiam pana Thaureta!

— O, mam zaszczyt znać już tego pana! — odrzekł i skłoniwszy się sztywno, podszedł do Emilji, jakby chciał przeszkodzić, by gościa przedstawiono także narzeczonej. Było to jednak niemożliwe i rozgniewało Mitchela. Emilja podała rękę Thauretowi i zapoznała go z Barnesem, który złożył tylko ukłon.

— Ach, Mr. Barnes — rzekł Francuz — cieszę się że pana spotykam znowu!

— Jakto? — wykrzyknęła zdziwiona Dora. — I pan zna Mr. Barnesa?

— Któż nie zna Mr. Barnesa, słynnego detektywa!

Mówił tonem przesadnie ugrzecznionym, zwykłym u Francuzów, a mimo to miał Barnes wrażenie, iż z niewiadomego powodu pilno mu podkreślić jawnie jego stosunki z policją. Czyż chciał w ten sposób uniemożliwić dalsze bywanie u tych dam? Ale w takim razie nie powiodło mu się wywrzeć zamierzonego wpływu na Dorę.

— Co? Pan detektyw? — wykrzyknęła z zachwytem. — Wielki Barnes, czy tak?