Szczere zdumienie, widne w rysach Mitchela, wytrąciło Barnesa na chwilę z równowagi, gdyż jeśli on tego nie wiedział, sprawa była jeszcze bardziej zagadkową.

— Twierdzisz pan, że nie wiedziałeś o tem?

— Skądże miałbym wiedzieć?

Nastało krótkie milczenie, a obaj rozważali sytuację.

— Mr. Mitchel, — rzekł wreszcie chłodno Barnes — bardzo mi przykro, ale z konieczności muszę pana aresztować.

— Pod jakim zarzutem?

— Pod zarzutem kradzieży klejnotów, a może także zamordowania Róży Mitchel.

— Czy spieszno panu zabrać mnie?

— Cóż to znaczy?

— To znaczy, że chciałbym zadać kilka pytań, jeśli mi pan da czas na to.