Gdy Mitchel ubierał się rano, 5. grudnia, przyniesiono mu bilet wizytowy z nazwiskiem przyjaciela Randolpha, a w kilka minut potem zjawił się on sam. Mitchel powitał go serdecznie i podał rękę, czego przybyły jakoby nie spostrzegł.

— Przebacz, — powiedział — przybywam, by pomówić o zakładzie, który zawarłem z tobą tak lekkomyślnie.

— No i cóż?

— Nie sądziłem, że się posuniesz aż tak daleko.

— Aż tak daleko?

— Czytałeś pewnie dzienniki?

— Nigdy tego nie czynię.

— Tedy pozwól, że ci przeczytam.

— Najchętniej!

Usiedli obaj, a Randolph jął czytać. Artykuł zawierał znane już czytelnikom fakty o znalezieniu zwłok. Potem nastąpił ciąg dalszy: