— Czemuż tedy nie idziesz na policję, by sobie ulżyć?
— Jest to istotnie, jak sądzę, obowiązkiem moim, ale uważam za nikczemność zdradzenie przyjaciela!
— Zaliczasz mnie tedy jeszcze do przyjaciół swoich. Cenię to bardzo i na dowód powiem ci, co masz uczynić, by zaspokoić skrupuły sumienia, nie szkodząc mi przezto.
— Daj Bóg, by to było możliwe!
— Nic łatwiejszego. Idź do Barnesa i opowiedz mu wszystko co wiesz.
— To znaczy tyle co wydać cię policji.
— O nie! Barnes nie jest policją. To detektyw prywatny. Pamiętasz pewnie, że o nim właśnie mówiliśmy, czyniąc zakład. Sławiłeś jego spryt, to też sprawi ci to zadowolenie, gdy zostanie przez ciebie sprowadzony na mój ślad, ja zaś godzę się, jeśli mi przyrzekniesz nie wspominać o tem nikomu innemu. No cóż, czy dobrze?
— Dobrze, skoro tak chcesz. Muszę pomówić z kimś koniecznie i nie mogę taić tego, co może naprowadzić na ślad zbrodniarza.
Podczas gdy Randolph opuścił hotel, by iść do Barnesa, miał detektyw właśnie rozmowę z Wilsonem.
— Powiadasz pan tedy, że Mitchel umknął panu wczoraj znowu?