— Nie widział cię pewnie, droga moja, inaczej byłby się odezwał, rad wielce ze sposobności.

— Jeśli mnie nie widział, musiał nagle zostać krótkowzrocznym, tyle tylko powiedzieć mogę.

Niedługo potem zaczęli napływać goście i rzeczywiście ścisk zapanował w całem mieszkaniu. Liczni wielbiciele otoczyli Dorę, która ze złośliwem rozradowaniem unikała zręcznie Randolpha, chcącego ją zwabić w jakiś zaciszny kącik, ale w taki sposób, by tego nikt nie zauważył. Przybył także Thauret, ale nie na długo. Porozmawiawszy z Emliją o rzeczach obojętnych, przecisnął się na dobrą chwilę w pobliże Dory. Pochlebstwa, słyszane już od innych panów, brzmiały w ustach jego zgoła odmiennie, jakby płynęły z serca i czyniły pewne wrażenie na niedoświadczonej dziewczynie. Po jego odejściu, dotarł wreszcie Randolph na upragnione miejsce, obok Dory.

— Miss Doro! — zaczął odrazu. — Nie pojmuję, jak pani może tolerować zaloty tak nikczemnego człowieka?

— Czy masz pan na myśli Mr. Thaureta, przyjaciela mego?

Położyła nacisk na wyraz: przyjaciel, by podrażnić Randolpha i udało jej się to doskonale.

— Nie jest to przyjaciel pani, ale swój jeno własny przyjaciel.

— Myśl ta nie jest zgoła nowością, gdyż mówi się to o wielu ludziach.

— Całkiem serjo zwracam uwagę pani, Miss Doro, byś nie dozwoliła mu wciskać się do towarzystwa, a tem mniej w roli konkurenta.

— Wprawiasz mnie pan w zdumienie, Mr. Randolph, dotąd nie przyszło mi na myśl zgoła, by Mr. Thauret konkurował o mnie. Mogłabym powtórzyć wszystko, co mi powiedział, a nie potwierdziłoby to chyba zapatrywania pańskiego.