W tej samej mniej więcej porze policzkuje bramin papieża na wyspie Wight na tle zatargu, jaki wybuchł między tymi mężami podczas podróży.

Kot Omar mści na swym panu zniewagę wyrządzoną Ewaryście i rozdrapuje oblicze miliarderskiego brutala swą szlachetną łapką.

Dialog książęco-kociej mości z portretem okrutnika: o nudzie żywota i o demokracji

W apartamentach gościnnych dancingu, w palisandrowej, zacisznej pracowni, kardynał okrutnik, Don Fernando Nino, na sztaludze stoi. Nic sam się nie zmienił i jego pozy również nie zmieniono. Zdawać mu się może, że wciąż jest w New Yorku. Pod rozwidnionym bezlitośnie czołem, bez skromnej zmarszczki czy bolesnej chmurki, myśli wyziębione i niezawodne upornie snuje. Jest mu obojętne, gdzie, kiedy przebywa, u kogo i w jakim celu. Wierzy w zmartwychwstanie potęgi papieskiej, powołania czeka do władzy świeckiej i na tę chwilę pomaga Bogu świat przysposobić. Więc intryguje maską okrucieństwa, jak tylko umie, tych nielicznych śmiałków, których Havemeyer pod wzrok mu podsuwa.

Zbałamucił właśnie pańskiego pieszczocha, angorskiego kota, księcia Omara. Młodziutki potomek wysokiego rodu cały jest wtulony w okiści puchów barwy stalowej, z pawim odcieniem. Mądre znużenie połyskuje wzgardą z oczu bursztynowych. Niedbale wlecze za sobą kitę długiego ogona. Unika, jak może, znajomości z ludźmi. Nikogo nie kocha, niczym się nie łudzi. Pan mu się podoba; jest zimny, wytworny, pieszczot nie wymusza, więc za nim przeważnie z miejsca w miejsce chodzi. Spośród znajomych, nieczułostkowych i wielce taktownych, najmilszy mu jednak inkwizytor Nino. Gzów nie zaczyna, nie stara się zniżyć z człowieczych wyżyn na doliny kocie, nie składa dzioba do fałszowania zwierzęcej mowy, żadnej zabawy wcale nie udaje i nie podsuwa niby to łakoci mocno podejrzanych. On zawsze milczy, spogląda i czuwa. On jeden używa wymowy milczenia i słowem mizernym, niedostatecznym ust swoich nie zbrudza. Jeszcze ani razu on do Omara pierwszy nie przemówił — taki jest dumny. Więc Omar do niego zadowolone mruczenie kieruje z samego brzeżka fajansowego, śliskiego kominka, który nie grzeje ani nie chłodzi:

— Zaiste lubię, mój kardynale, w pobliżu twego spoczywać portretu.

— Żyjąc, zamierasz, ja żyję po śmierci. Robisz, czego nie chcę, chcę, czego nie zrobisz za żadną cenę, pod żadnym warunkiem. Więc uzupełnienie przewrotnych instynktów w rozbieżnych kierunkach. Stąd brak nieznośności, fachowych ocen i nerwowych dąsań.

— Piękne masz oczy i moc przekonania, gdy nimi przemawiasz. Z wyłuszczeń twoich chętnie korzystam, choć nic mi po tym.

— Czy się przywiązałeś do kogokolwiek?

— Zawsze unikałem. Kochanie jest żmudne i obowiązkowe już od tej chwili, gdy ktoś z nim żartuje.