co przypomina czy uprzytamnia każdemu przybłędzie, że Hermes jest boski dla myśli przewodnik, zwłaszcza w podróżach nieco nieoględnych po świeckich rozłogach, że dobre ma serce i w słowa napięciach ludziom pomaga, zaś duszom zgaszonym przez straszydło śmierci w ciemnościach dogadza.
U stóp syna Zeusa leżą kozetki, przytulne, powabne. Sprzęty starogreckie. Usiadam. Wyczerpany jestem. Nie zwraca uwagi wszechwładca dancingu, lecz niezmordowany zaczyna misterium. Na przeciwległej kotary aksamit, pokorny, obleśny, dwa padły światełka, okrągłe, ciekawe i jak płomyk chwiejne. Płyną po śliskiej zasłony przestrzeni i porywają całe twe spojrzenie. Czasem przystaną u góry lub z boku, lecz na tym postoju już nie oderwiesz od nich twego wzroku. To Hermesa oczy, które myśl twoją prowadzą, uwodzą i na właściwe wtrącają koleje. Myśl samotnieje, od zbytecznego i bałamutnego odrywa się tłoku. Chodzić się uczy po niebie, po ziemi. Klimatu szuka, gdzie może poorze i trochę zasieje. Jest zawsze z sobą. Słucha monologu swego własnego. Wiedzą niewiedzy posila się, grzeje. Nad każdą przeszkodą wspina się do skoku. Przed siebie dąży, chce czegoś. Hermes ma upór pielgrzyma w oku. Wiesz co już i kiedy, i jak, i którędy!... Światełka migocą, a bóstwo przewodzi. W mózgu człowieka powoli świta: jutrzenka — inwencja!
Myśl się oswoiła z twórczą swoją dolą, więc ją z żywiołem, z temperamentem należy sprzęgnąć, zanim zacznie działać. Temu przeznaczeniu służy:
Komnata IV. INHALATORIUM
Słyszę objaśnienia:
— Śpi żywioł w człowieku. Wąską płynie strugą pod skórą po żyłach. Trzeba go budzić, sztucznie nawoływać, a następnie siepać. Wchłaniać, wdychiwać musi człowiek często podnietę dla zmysłów. Gdy żywioł się porwie i gwałtownie spiętrzy, myśl cwałem uniesie na podniosłym grzbiecie. Dopiero w przymierzu z żywiołu tętentem poczucie jest myśli, gdyż w pomysł się wciela i na świat zdąża.
Sala jest lakowa i z laku są sprzęty. Dygocą motyle czarne, żółte, płowe i bladoniebieskie, nieco skropione brązowymi cętkami. Zanurzają głowy w ciemnowiśniową otchłań lakową. Czołgają się za nimi posrebrzane węże. Ryba koczkodan, wyzłociwszy skrzele, capra się237 w powietrzu. Wściekł się jakiś polip z wyspy koralowej i brudnoliliową ciecz wokoło sieje na zbałamucone a zaróżowione meduzy, rozgwiazdy czy durne jeżowce. Filodendrony wlazły na topolę. Płoną czeremchy, chowają piersi wiśnie zasromione238, jabłonie w ślubne welony się stroją. Mimozy kichają z dławionej radości. Z jaskini baśni i legend dziecięcych smok sunie potworny i sam zawstydzony przesadnym wyglądem rozdziawił paszczę, by śmiechem nadrobić szopny brak wdzięku; świętojański robak, zapewne niemowlę, dostał się na jęzor.
W każdym sali rogu, na postumencie nagi siedzi Budda. Z lawy zastygłej w rzeźbiarskiej tokarni ugładzony schludnie. Brunatne ma ciało i sznurek przez piersi zgoła niepotrzebny. Nogi przed sobą przedziwnie ułożył, jak placek zgniecione, a prawą dłonią wielce namaszczony gest czyni mądrości słusznie utajonej. Twarz bóstwa łagodna usypia powoli w leniwym uśmiechu.
Japońska waza w samym sali centrum wciąż bucha płomieniem, który zjada mirty z Afryki południa. Stąd też woń kadzidła przesłodka, nabożna i ogłupiająca. Tu jest fumoir239. Wszelakie gatunki tytoniów i cygar roznoszą chunchuzy240, typy drapieżne a bardzo sumienne. Nargilą241 raczą marokańskie starce, w ciemnych burnusach i białych turbanach z zieloną przepaską. Mokka we wszystkich możliwych odmianach podają gejsze z porcelanowym na obliczu smutkiem.
Przechodzim do baru, kilka kroków głębiej. Styl magdeburski, ale nie w kolorze, gdyż z czarnego dębu pną się po ścianach rżnięte boazerie, masywne, solidne. Naczelnym momentem, jest bufet potężny, dookoła sali i konsola wygięta z białą płaskorzeźbą, przedstawiającą „zwiastowanie śmierci” — Zulusów242 legendę. Jak Unkulunkulu, czyli pierwszy człowiek, z sitowia wypełza, jak obejmuje nad światem rządy, jak braciom swoim przez kameleona przesyła wieści, że będą żyć wiecznie, a równocześnie przez salamandrę, że pomrą koniecznie. Niedbaluch, niecnota i wałkoń niegodny jest życia zwiastun. Po drodze przystaje, zajada owady i z nenufarem cienistym flirtuje. A salamandra jak opętana spocona, zbiedzona sunie od rana aż do wieczora do ludzi... ze śmiercią. Wyścig skończony, wieczyste życie na zawsze stracone, umierać trzeba, a wina jedyna jest kameleona.