DZIECIĄT FRUWAJĄCYCH
Obojga płci PODRYGAŁOWIĄT.
W WYKONANIU WIDOWISKA BIERZE UDZIAŁ CAŁY DANCINGÓW
ZESPÓŁ ŻYWY I MARTWY.
W dyrekcyjnej loży sam autor baletu, Podrygałow, siedzi. Na palmy wyżynach spojrzenie uwiesił. Nos długi, zadarty szuka firmamentu. Zielonkawe lica, w ostrołukach zmarszczków, wyjawiają z dala ciekawość studencką. Wśród plisów skóry przy ustach upiętych wylękniony uśmiech nieznacznie przykucnął. Stożkowej łepety włosienne poszycie jest barwy słomianej i dźwiga w pośrodku udeptany przedział. Króciutki, pluszowy żakiecik do stanu wystawia na pokaz kibić wprost kobiecą. Spoza wycięcia nudnej kamizelki, sarniej, pikowej, rozmachany fular, barwy granatowej z kremowymi cętki, powiewa czupurnie i fantazyjnie. Jelenie nogi słynnego tancmistrza są utajone w głębi szarawarów, głośno petitowych, karnie sprasowanych. Meszty balowe, lakierowane, z pomponikami na spiczastym grzbiecie, zalotnie muskają jedwabne pończoszki.
Tuż przy nim się biedzi w mizernej, taftowej, bławatnej sukience piastunka dzieci od lat wzwyż piętnastu: Prakseda Bakcyl. Na Ukrainie w Żmerynce zrodzona, zwrotniczego córka. Losy zagnały dziewczynę na służbę do miasta Kijowa. Wyhołubiła Podrygałowowi dwanaścioro dzieci, jego cztery żony pod rząd pochowała. Dziś, nie wie czemu, każdą z nich wspomina.
Wspominki niani Praksedy o umiłowanym czarcie i o czterech żonkach jego
„...Oj! nie byle ziółka, całkowicie gorzkie, niby centuria384, dla Praksedy były te ślubne Igora, kochane śliczności. Same pogańskie, kruche porcenelki385, same jaszczurki chłodne, oślizgłe a sepleniące cudackim jazgotem. Ćwir-ćwir cały dzień Boży. W każdym kącie: bęc i taka paniusia już leży i wzdycha, czas drogi wałkoni. Wciąż dąsa się, finfa i nudnie dziamoli386. Bez zmiłowania pięć razy na dobę pomstuje o wannę. Niczego sobie nigdy nie żałuje. Koronki, bombonki, pończoszki, olejki, loczki, breloczki, puderki, pińczerki, pajac pod kołdrą, za gorsetem myszka z obciętym ogonkiem. Tryle godzinami. La-la-la radosne, a nikt nie wynypie, skąd idzie wesołość i po jakie licho. Wieczorem fikanie cienkimi nogami po glansowanej posadzce salonu, bezwstydne, układne. O północy za to rżnie na umór w karty, zapewne z gachami, lub wiedzie rozhowor z zamówionymi poprzednio duchami. A zbarłożonych387 fatałachów wszędy kopice, stogi, wyrośnięte sterty. Gdy przyjdzie napęcznieć i biedne stworzonko w żywocie wykockać388, już taka paniusia zaraz się burdasi389 , o co nie bądź siepie, sierdzi, klątwuje i wymyśla cięgiem. Nijakiej czułości, żadnego modlenia, nigdy ani troszkę. Więc nie dziwota, że Igor chłopisko czmycha do szynku, w miasto na rozpustę. Prakseda natomiast co wieczór, przykładnie, dobra noc mówiła szanownej swej pani, każdej po kolei, jaka nie bądź była. Rączki niedobre, wymacerowane różowym pachnidłem, słodkie jak pomadki, ale wielmożne, wargami zlizała. Prakseda, służebna, nadsłuchiwała, jak czort półszeptem podszczuwał dziewuchę: »Zatłamś tę kukłę, palcami pod gardło, bo zanim dziecina wychyli się z łona, już nie będzie matki, a cała zgryzota i z dzieckiem babranie na ciebie spadnie!«. Wielka ochota wlokła się po grzbiecie, między cyckami łaziła mackami, niby zdradliwe, kąsiwe robactwo. Lecz na odżegnanie Prakseda »Zdrowaś« kilka mamrotała, półgębkiem, ukradkiem. I ustępowała swędząca ciągota z pacierza, z pachwin i ze spierzchłych dłoni. Trzeba się poszudrać390, gdy gnębi pokusa, a migiem spotnieją śmiałości do draństwa.
...Bywało, nad rankiem powraca Igor ze szkliwem wilgotnym w wypłukanych oczach i chwiejny na nogach. Chce się przekomarzać, szuka cygaretki, potyka się, bredzi. Małżonka dziaukota, a czując płodu dotkliwe chyboty, ojca nicponia rżnie w gębę chwacko. On za warkocze, tak sobie dla figlów, na dywan ją zgarnie i wlecze do sieni, a potem już dalej i nieco raźniej na frontowe schody. Sapanie, bełkoty, ratunku-rety, lamenty, rozpacz. U sąsiadów zgroza, a prystaw391 gaspadin392, wezwany przez stróża, pojawił się w bramie i na małżonków leje wody wiadra. Oj, heca nie lada i istne pieklisko. Sponiewierane, skrwawione, zdrapane, kakaowymi sińcami znaczone, z kłakami w garściach, wreszcie rozdzielone zostało małżeństwo, po czym westchnęło i policyjny zeznało protokół. Po awanturze znacznie życzliwiej i niemal pogodnie na się spozierali. Obrzęd wyrównania małżeńskich sprzeczności przez pyskopranie sprzyja czułościom. Kurtyna zapada, chryja się kończy pod ciepłą pierzyną, pulchną jedynaczką. Lecz zanim pośpią, zwykle ulgę czynią sobie: oboje rzygają na przemian lub równocześnie, rzygają w muśliny, puchy, adamaszki. Jego nawiedza dopust z alkoholu, jej żółć zbełtały ciężarności drgawki. I znowu te katy nękają Praksedę, drą się, brzękają: »Praksiu moja, Praksiu! uprzątnij to świństwo, szybko bez poznaki!«. Prakseda się kwapi, miotłą na łopatę obrzydliwość zgarnia, piaskiem posypuje, podnosi żaluzje, przez okna rozwarte wpuszcza słoneczko głupio uśmiechnięte i rośne powietrze, i śpiewkę skowronią... wprost na splamione, szerokobiodre, w brokaty wtulone a zasmrodzone... małżeńskie łoże. Oni już chrapią, a niania się gapi na swego pana i pojąć nie może, dlaczego od dawna, bez żadnej potrzeby, bez wszelkiej nadziei, w najgłębszym milczeniu dziewiczego serca... kocha Igora. Zaledwie wyrzekła tę prawdę w sobie, nic nie powiedziawszy, po trzykroć krzyż kładzie: na czole, na ustach i na małych piersiach. Przemienienie Pańskie! Didko chyba znaje!393 Psie jakieś uroki!... Tfy... coś także!...
...Dziś wielka próba. Wspomina, wspomina. Inaczej nie może. Tyle zmarniało, zbutwiało, przepadło. A Igor wciąż żyje. Każdego licho przyczepi się możne, Igora omija. Patrzyło mu się, by zginął już dawno. Na Kreszczatyku394 wleciał pod tramwaj, a ledwie na karku motoru szczotki skórkę mu zdarły. Razjeżżaja395 cała w gruzy się rozpadła, gdy piotrogradzkie na cześć Lenina nastały hulanki, mordercze, bestialskie. Dwa całe tygodnie strzelali, palili i rabowali. Ginęły tysiące, przymknięte w domach, jak w rzeźniach baranki. Igor wszystkie noce najspokojniej przespał i wyszedł nietknięty. Prawda, że Prakseda zawsze przy nim była, czuwała, żywiła, lecz może właśnie dlatego tylko również ocalała. Gdzieś w Niemczech latał napowietrznym statkiem. Sparły się gazy, buchnęły płomieniem i wszyscy przepadli. Przysmażonego spomiędzy zgliszczy, poturbowanego, ale żywego wyjęto Igora. Kusztykał, kawęczał, ale się wylizał. A w Saratowie, bywało, co ranka i co wieczora szedł pomór na miasto. Ciągnęły zarazy, żołdackie hordy i chłopskie widła. Głód się wprowadził i niby brytan spuszczony z łańcucha, na wszystkie strony do każdej radości, bronił dostępu, złe szczerząc zęby. Igor wciąż tańczył i całą rodzinę z zagłady wyhopkał. Spojrzeć wystarczy, jak nogi poderwie i śmignie w górę, jak zwija się w frygę396 i stąpa w powietrzu, by zrozumiał każdy, że on chyba z czarty musi mieć konszachty, że go bogorób397 jakiś spreparował nie z ludzkiej gliny, lecz ze smoły diabelskiej, że nie da mu rady żadna przekora do człowieczej doli stale przylepiona, że go nie zmoże i woda święcona, by przed ikonostasem398 rozwalił się krzyżem, w pokornych ślozach399 i rzewnej słabości, że Igor po prostu nie kipnie nigdy, że śmierć jest mu żartem, że ją wykiwa o każdej porze i zawdy ściemięży400, bo niezawodnie najlepszym synkiem i najbardziej szczwanym jest... belzebuba! Nie zmiarkowała jeszcze ani razu, by o coś prosił czy przed kim czapkował. Idzie sobie prosto przed samego siebie, wesoło harcuje i rzec by można, że bez wysilenia, niby od niechcenia, śladu swej duszy ciuchta401 dookoła i po to jedynie aż do upadłego tańcuje, tańcuje...