Chłopiec przepadał za wytrwałym, a ostrożnym tropieniem dzikich słoni i rozkoszował się ich szalonym pędem wśród strzałów i wrzasków ku rozwartym drzwiom zagrody otoczonej palisadą. Zwierzęta wpadają jak lawina do środka, a spostrzegłszy, że nie ma wyjścia, miotają się jak opętane, rzucając się na pale, od których odstraszają je łyskające pochodnie i ślepe strzały.

Jest to chwila nader ważna, a nawet mały chłopiec przydać się na coś może. Tumai porywał pochodnię, machał nią, wrzeszczał i pracował za czterech.

Najprzyjemniejszym dlań momentem było kiełznanie złapanych słoni, kiedy to zagroda, czyli kedda, wyglądała jak w dniu końca świata, a ogłuszeni straszliwym wrzaskiem ludzie porozumiewali się na migi. Wówczas sadowił się na szczycie pala chwiejącego się od ciągłych uderzeń w palisadę i tam w świetle pochodni, z rozwianą, płową czupryną wyglądał jak młody szatanek. Kiedy hałas przycichał, rzucał pracującemu w pocie czoła Kala Nagowi słowa zachęty, tonące za moment w huku strzałów, świście powrozów i trzeszczeniu ścian.

Mail, mail Kala Nag! (Prędzej, ruszaj się, Czarny Wężu). Dant do! (Kolnijno go, a dobrze!) Somalo! Somalo! (Powoli!) Maro! Mar! (Daj mu po łbie!) Przyciśnij go do ściany! Arre! Arre! Hai! Jaj! Kiaaa!

Wykrzykiwał tak, gdy tymczasem przyjaciel jego uganiał się po całej kedda za opornym dzikusem, a starzy, doświadczeni łowcy spoglądali z życzliwym uśmiechem na tkwiącego u szczytu słupa malca.

Ale nie poprzestawał na tym. Pewnego razu skoczył do środka, prześliznął się pomiędzy słoniami i pochwyciwszy koniec sznura, podał go poganiaczowi, który silił się daremnie na spętanie młodego słonia. Wiadomo, że z młodymi słoniami jest zawsze więcej niż ze starymi zachodu. Spostrzegł go Kala Nag i objąwszy trąbą, podał Grubemu Tumajowi, który, wymierzywszy synowi kilka porządnych klapsów, posadził go z powrotem na palisadzie.

Na drugi dzień zgromił go:

— Cóż to znowu? Widzę, że nie dość ci porządnych, murowanych stajen i nie wystarcza przyzwoita służba! Zachciewa ci się łowić słonie, smarkaczu? Wiedz o tym, że ci śmierdzący naganiacze, byle jak płaceni, rozgadali już wszystko i sprawa doszła do samego Sahiba Petersena.

Mały Tumai zadrżał od stóp do głowy. Niewiele wiedział o białych ludziach, ale w oczach jego Sahib Petersen był to największy mocarz pośród ludzi białych. Był on zwierzchnikiem całej kedda, dostawiał słonie rządowi i znał wybornie obyczaje tych zwierząt.

— I cóż teraz będzie...? — spytał malec.