— To znowu co innego! — zawołał koń — W takiej chwili siedzi na mnie Dick Cunliffe, czuję ucisk jego kolan i nie mogę o niczym innym myśleć tylko, jak się dać powodować cuglami.
— Cóż to znaczy powodować cuglami? — spytał młody muł.
— Cóż u licha! — parsknął koń — Więc was nie uczą wcale, jak się dać powodować cuglami? Cóż jesteście warci, jeśli nie umiecie zawrócić na miejscu, poczuwszy, że cugle dotknęły szyi? Idzie przecież o życie człowieka, a zatem i własne życie. Należy zawrócić wstecz, zebrawszy nogi pod siebie, a jeśli nie ma miejsca, trzeba stanąć dęba i zawrócić w tył na tylnych nogach. To jest jeden z wielu przykładów, jak się dawać powodować cuglami.
— Nas uczą inaczej! — odrzekł muł spokojnie — Uczą nas, że mamy słuchać człowieka, stojącego na czele pochodu. Mamy na jego rozkaz iść lub cofać się. Zdaje się, oba te sposoby prowadzą do jednego celu. No, ale cóż robicie prócz owych wspaniałych zwrotów i stawania dęba, co nuży chyba tylko wasze lędźwie, a na nic się nie przydaje.
— Różności! — odparł koń kawaleryjski — Najczęściej muszę pędzić galopem w tłum wrzeszczących, kosmatych ludzi z błyszczącymi nożami w rękach, ostrzejszymi jeszcze niż noże weterynarzy. W takiej chwili pamiętać muszę, by but Dicka dotykał niemal buta jego sąsiada po lewej, a o tym samym pamięta koń z prawej strony galopujący. Widzę lancę Dicka tuż nad prawym okiem i pewny jestem, że mi nic nie zagraża. Co prawda, gdy tak pędzimy, niedobrze robi się pewnie człowiekowi, czy koniowi naprzeciw nas i nie chciałbym być na ich miejscu.
— Czy te noże zadają rany? — spytał młody muł.
— Tak. Raz dostałem sztych w piersi, ale nie było w tym winy Dicka.
— Cóż mnie obchodzi kto winien, gdym ja ranny! — zawołał tenże muł.
— Powinno cię to obchodzić! — odparł koń — Jeśli nie ma się zaufania do człowieka, to najlepiej od razu uciec. Robi tak wiele koni i rozumiem doskonale ich postępek. Powtarzam tedy, że nie było w tym winy Dicka. Człowiek leżał na ziemi, więc dałem susa, by go nie stratować, on zaś dał pchnięcie od spodu. Zapamiętałem to sobie i gdy mi teraz zdarzy się przejść przez obalonego człowieka, stratuję go kopytami na miazgę.
— Wszystko to wygląda dosyć głupio! — zaopiniował Billy — Noże nie są chyba żadną bronią, a niemiło je poczuć w ciele. Ja wolę wspinać się po stromych ścieżynach skalnych i wdrapywać o całe setki metrów powyżej wszystkich, a potem stać na cyplu, gdzie ledwo tyle miejsca, by pomieścić wszystkie cztery kopyta. To mi uciecha. Przy tym każdy idzie sobie sam, a człowiek nie trzyma go za głowę. Stoimy spokojnie, dopóki nie zmontują dział, a potem patrzymy, jak ponad lasami i dolinami śmigają ze świstem kule podobne do ziaren maku.