Kilkadziesiąt małp udało się zaraz za miasto zbierać dlań orzechy i owoce, ale gdy wracały, pobiły się między sobą, pogubiły to, co niosły i wróciły z niczym. Mauli był głodny i miotał nim gniew straszny. Wałęsał się po opuszczonym mieście, od czasu do czasu rzucając hasło myśliwca, polującego na obcym terytorium, ale nie mógł się doczekać odpowiedzi. Widocznie miejsc tych, zażywających nader złej opinii, unikały wszystkie ludy dżungli i nie było nadziei napotkania nikogo.

— Sprawdza się — myślał — wszystko, co mówił Balu o bandar-logach. Nie znają one haseł myśliwskich, nie mają wodzów, słowem, żyją bez praw, paplając tylko głupkowato i posługując się zręcznie, ale bezcelowo rękami. Niezawodnie zginę tutaj z głodu, albo zostanę zabity i to z własnej winy. Muszę mimo wszystko spróbować, czy nie uda mi się wrócić do swojej dżungli. Balu wygrzmoci mnie tęgo, ale wolę wszystko, niż to obmierzłe przestawanie z nikczemnymi bandar-logami.

Zbliżył się niepostrzeżenie do murów miasta, ale małpy zauważyły to zaraz i zawróciły, zasypując go wyrzutami, iż nie dość wysoko ceni sobie szczęście, jakie się stało jego udziałem oraz szczypiąc go dotkliwie celem wzbudzenia uznania i wdzięczności. Zamilkł tedy i zacisnąwszy zęby, dał się zaprowadzić czeredzie małp na górny taras pałacu, skąd widać było cysterny z czerwonego granitu do połowy napełnione wodą deszczową. Pośrodku tarasu widniał zrujnowany pawilon z białego kamienia, pobudowany dla zmarłych dawno księżniczek. Kopuła tego pawilonu zwaliła się w połowie i przysypała wejście do korytarza, który wiódł tutaj z dolnych części pałacu, dając księżniczkom przystęp do tego uroczego miejsca. W ściany pawilonu wstawione były tafle z białego marmuru, pokryte bogatą, kunsztowną rzeźbą, a w mieszczące się powyżej owalne otwory powprawiał architekt przejrzyste płytki drogocennych kamieni, jaspisów, krwawników i agatów, tak że kiedy księżyc oblał jasnym światłem pałac, na posadzce i ścianach pawilonu rysowała się barwna delikatna sieć żyłek, podobna do przecudnej koronki czy haftu.

Mauli patrzył na to wszystko w niemym podziwie. Zły był, a jednak chwilami nie mógł się powstrzymać od śmiechu, słysząc słowa czeredy małp, przekonujących go, że lud bandar-logów jest szlachetny, mądry i dobry, on zaś okazał głupotę wielką, chcąc się od nich wynieść.

— Jesteśmy wielkie, jesteśmy zdumiewające i osiągnęłyśmy szczyt wolności! Nie ma mędrszego od nas ludu w całej dżungli! Wszystkie to twierdzimy zawsze, przeto jest to prawdą niezaprzeczalną! Ty słyszysz te słowa po raz pierwszy, przeto zważ dobrze, byś mógł je powtórzyć wszystkim ludom całej dżungli! Niech tylko zwrócą uwagę na nas, a przekonają się o naszych niezrównanych przymiotach!

Mauli milczał, a wkoło niego gromadziły się coraz to liczniejsze zgraje, słuchając mówców, którzy wysławiali lud bandar-logów, ile razy zaś jakiś mówca zatrzymywał się, by nabrać tchu, wszystkie wrzeszczały społem:

— To prawda! To prawda! Wszystkie jesteśmy tego samego zdania!

Mauli siedział ze zwieszoną głową, przytakiwał ilekroć zwracano się doń z pytaniem, a cały ten piekielny rozgwar przyprawiał go o zawrót głowy.

— Niezawodnie musiał je pokąsać Tabaki! — myślał — Widocznie są szalone! Czyż nigdy nie sypiają?... Ach... widzę obłok... sunie ku księżycowi.... o ile będzie dość ciemny, spróbuję się wymknąć cichaczem. Nieszczęście tylko, że jestem taki wyczerpany!

Ruch tegoż samego obłoku śledzili bacznie dwaj sprzymierzeńcy, zaczajeni w zasypanym na poły rowie obronnym miasta. Zarówno bowiem Kaa, jak i Bagera wiedzieli dobrze, że walka z taką przewagą liczbową jest nader trudna. Małpy rzucają się zawsze we sto na jednego przeciwnika, więc mało które stworzenie dżungli może im sprostać.