Zamyślił się i dumał, trzymając palec w ustach.

— Wyschłe łożysko rzeki — zaczął po chwili — kończy się o pół mili stąd. Mógłbym okrążyć puszczę, wpędzić stado w wąwóz, a potem, pędząc w dół, stratować wszystko co na drodze. Ale to na nic, bo on ucieknie drugim wylotem wąwozu! Hm... hm... Bracie Szary, czy nie zrobiłbyś mi tej przysługi, by rozdzielić trzodę na dwie części?

— Nie dałbym temu może rady sam — powiedział wilk — ale mam tu blisko sprzymierzeńca, co się zowie... Czekaj, zaraz wracam!

Skoczył w gąszcz i znikł w jakiejś jamie. Po chwili wyjrzał z onej jamy ogromny, siwy, dobrze znany chłopcu łeb, a jednocześnie rozległ się w rzeźwym powietrzu ranka straszliwy głos wilka-samotnika polującego dniem, na którego wycie drży wszystko wokół, zarówno zwierzęta, jak ludzie.

— Akela! Akela! — zawołał radośnie Mauli, uderzając w dłonie — Oczywiście nie zapomniałeś o mnie, drogi przyjacielu! Nie lada to robota, Akelo, rozdziel stado! Na jedną stronę krowy i cielęta, na drugą byki i wałachy.

Wilki przebiegały przez stado w różnych kierunkach, bawoły parskały, tupały i porykiwały, a za chwilę utworzyły się dwie grupy, zupełnie jak w kontredansie na hasło wodzireja.

Po jednej stronie utworzyły krowy zbity wał wokoło cieląt, stłoczonych pośrodku. Ciskały spojrzenia wściekłe i dreptały w miejscu, gotowe rzucić się na wilka i stratować go racicami, gdyby tylko zatrzymał się bodaj na moment. Po stronie drugiej widniały byki stare, byczki i wałachy. Miny ich były również srogie, ale z nimi łatwiej sobie można było dać radę, albowiem nie miały kogo bronić. Stado rozdzielone zostało tak doskonale, że i pół tuzina pastuchów nie mogłoby tego lepiej dokonać.

— Co dalej? — spytał zdyszany Akela — Bawoły chcą się znowu połączyć.

Mauli wskoczył na grzbiet Ramy i zawołał:

— Akelo! Pędź byki na prawo! Ty zaś, Bracie Szary, gdy my się oddalimy, zmuś krowy, by kupą weszły do wąwozu i trzymaj je tam.