— Za jakiś rok — zapewniała Kotika matka — zostaniesz również „gołowąsem”, teraz jednak musisz nauczyć się polować.

Udali się oboje na pełny ocean, a matka uczyła Kotika wszystkiego, co trzeba. Niebawem umiał tedy spać na fali, leżąc na grzbiecie, z założonymi płetwami i nosem sterczącym z wody, przy czym przekonał się jak niezrównaną kolebką są długie, falujące nurty Oceanu Spokojnego. Kiedy Kotik doznał uczucia łaskotania po skórze, matka powiedziała, że poznał już teraz „szczypanie wody”, które oznacza zbliżanie się wielkiej burzy morskiej. Musiał tedy płynąć co sił, by uciec na czas.

— Niebawem — dodała — sam będziesz wiedział w którą stronę zwracać się w takich razach, tymczasem jednak musimy podążać w ślad świni morskiej, istoty garbatej, ale niezmiernie mądrej.

Tuż przed nimi mknęło szybko stadko garbatych delfinów, a Kotik starał się im nadążyć.

— Powiedzcież, jak się dzieje, że wiecie dokąd płynąć? — pytał, sapiąc z wysiłku.

Przodownik gromady łypnął ku niemu jasnymi oczyma, zanurzył się głębiej i odrzekł:

— Łaskotki mamy w ogonie, smarkaczu, a to znaczy, że burza jest za nami. Przeto zmykamy. Gdy znajdujesz się na południe od „martwej wody” (miał na myśli równik) i doznajesz swędzenia w ogonie, natenczas wiedz, że burza jest przed tobą i uciekaj na północ. Teraz w nogi, nie czeka nas tu nic dobrego!

Takie nauki, udzielane Kotikowi co dzień, sprawiały, że wykształcenie jego pogłębiało się ciągle. Głównie uczyła go matka. Wiedział już, jak uganiać się wśród podwodnych raf za tłustymi miętusami i płaskimi flądrami, jak dobywać z jam mięczaki, zakopane pośród alg i porostów, a także nauczył się tej sztuczki, że, goniąc rybę, wpływał jednym oknem kajuty zatopionego na dnie morza okrętu, a wypływał drugim. Nie bał się też teraz kołysać na grzbietach spienionych, grzywiastych, ogromnych fal, podczas gdy niebo przecinały błyskawice. Często leżąc tak, posyłał płetwą pozdrowienia szybkolotnemu albatrosowi lub mewie rybołówce, muskającej nieledwo wodę lub znowu, kładąc po sobie płetwy i opierając się silnie o wodę ogonem niby delfin, wyskakiwał na kilka stóp w górę ponad fale. Wiedział dobrze, że na rybach latających nie ma nic, prócz twardych ości, przeto uganiać się za nimi nie warto, że natomiast dobrze jest wyrwać w pędzie z boku miętusa kawał tłustego ciała. Kotik pamiętał dalej, że nie należy zatrzymywać się, gdy w pobliżu znajduje się statek lub, co gorsza, łódź pełna wiosłujących ludzi, a wiadomości tych nagromadził takie mnóstwo, że po sześciu miesiącach znał dokładnie sztukę polowania głębinnego, a jeśli mu czegoś jeszcze brakowało, to były to tylko drobiazgi. Przez cały ten czas nie był ani razu na stałym lądzie.

Pewnego dnia jednak, gdy w półsennym rozmarzeniu kołysał się na falach kędyś, koło wysp Juan Fernandez, doznał wrażenia tęsknoty, osłabienia jednocześnie, zupełnie jak istota ludzka rozmarzona nadchodzącą wiosną, i począł pożądać pięknego, suchego piasku i lśniących skał Nowostoczny, odległej o tysiące kilometrów, zabaw z rówieśnikami, zapachu wodorostów, wrzasków fok i bójek ojców rodzin. Bez namysłu obrócił się głową na północ i popłynął szybko, a w drodze napotkał towarzyszy płynących w tym samym kierunku, którzy powitali go przyjaźnie.

— Witaj, Kotiku! Już wyrośliśmy na „gołowąsów”, będziemy tańczyli świetlisty taniec na skałach Lukanonu i bawili w świeżej trawie! Ale powiedz no, skąd wziąłeś tę dziwną szatę?