— Spójrz no! Widzisz? Biała foka!— powiedział syn.
Keryk zbladł straszliwie, choć tego dostrzec nie dozwalała pokrywająca go warstwa tłuszczu i brudu. Był to Aleuta, a ludzie ci są bardzo niechlujni. Szybko wyrecytował jakąś modlitwę, a potem rzekł:
— Daj jej pokój, Pantalejmonie! Jak świat światem, nie było jeszcze białej foki! — zawołał do syna. — To niezawodnie duch Zacharowa, który zginął zeszłego roku w zamieci.
— Nie tknę tego stworzenia! — zapewnił syn — Zła to wróżba! Ale czyżby, naprawdę, Zacharów miał przybrać postać foki? Pozostałem mu dłużny pewną kwotę za jaja mewie... Nie chcę mieć z nim nic do czynienia!
— Nie patrz nawet na niego! — powiedział Keryk — Zagarnij tę trzodę czterolatków. Powinni byśmy dziś sporządzić dwieście sztuk. Ale ponieważ ludzie na początku roboty nie mają dość jeszcze wprawy, poprzestaniemy na stu. Bierz się żwawo do dzieła!
Pantalejmon stanął tuż przed grupą „gołowąsów” i zaczął grzechotać przyrządem zrobionym z dwu foczych kości. Odgłos ten wywarł takie wrażenie, że stały przez czas pewien jak ogłupiałe, tupiąc i parskając, a potem, gdy ruszył naprzód, poszły za nim i kroczyły miarowo w głąb lądu, nie objawiając żadnego oporu i nie starając się zawrócić do współtowarzyszów, których setki tysięcy patrzyło na to, nie przerywając zgoła swych zwykłych zajęć i igraszek.
Kotik wypytywał z zaciekawieniem, co to znaczy, ale nie dowiedział się nic ponad to, że co rok przez jeden lub dwa miesiące ludzie w ten sposób uprowadzają z sobą młode foki.
— Muszę zobaczyć, co się tam dzieje! — powiedział i pobiegł co sił za oddalającym się stadem, a oczy wyszły mu na wierzch z ciekawości.
— Gwałtu! Biała foka ściga nas! — wrzasnął Pantalejmon — To niesłychane, by foka sama szła do rzeźni!
— Cicho bądź i nie oglądaj się! — odrzekł Keryk — Niezawodnie jest to duch Zacharowa! Muszę niezwłocznie zamówić modlitwę u kapłana.