Koń morski kołysał się z boku na bok bardzo niezadowolony, mrucząc i parskając.

— Czy mi odpowiesz teraz? — spytał zmęczony podskakiwaniem Kotik.

— Spytaj krowy morskiej — odrzekł koń — jeśli do tej pory żyje, ona jedna będzie ci mogła dać wskazówkę.

— A po czym rozpoznam krowę morską? — spytał.

Nadleciała mewa krasnolotka i wrzasnęła, podlatując pod sam nos koniowi:

— Krowa morska to jedyna istota w oceanie, jeszcze brzydsza od morsa. Jest ona jeszcze paskudniejsza i ordynarniejsza od tego starego, niedołężnego ślimakojada!

Kotik zabrał się do powrotu i nie zwracając uwagi na wrzaski mew, popłynął do Nowostoczny. Tu jednak przekonał się niebawem, że jego usilne starania odnalezienia bezpiecznego dla fok miejsca nie budzą w nikim zainteresowania. Słuchano obojętnie i mówiono mu, że taki już jest porządek świata, iż co roku ludzie muszą zagarniać pewną liczbę „gołowąsów”. Uważano to za przejaw naturalny i radzono, by nie zachodził do rzeźni, jeśli chce uniknąć przykrych wrażeń. Żadna foka nie widziała dotąd tego masowego mordu i tym właśnie ogół różnił się od Kotika, który ponadto wyszczególniał się białym futrem.

— Po co się tym wszystkim zajmujesz! — mówił mu ojciec Łowca Morski — Masz tylko starać się, byś wyrósł na dzielną fokę, potem zaś na podobieństwo ojca będziesz miał własną rodzinę. Okaż się tak dzielnym jak ja zdobywcą miejsca, a nikt ci spokoju nie zamąci. Nie dalej jak za lat pięć będziesz już mógł staczać boje.

Nawet dobra, łagodna matka mówiła mu:

— Porzuć nadzieję zapobieżenia tym rzeziom, a idź się bawić, drogi Kotiku!