Kotik nastroszył swe piękne już teraz wąsy i powiedział:
— Wszakże jestem jedyną istniejącą na ziemi białą foką i nikomu prócz mnie nie przyszło do głowy szukać Ziemi Obiecanej!
Rozmowa ta dodała mu odwagi. Gdy przybył do domu, matka prosiła go, by pojął żonę i osiadł na wybrzeżu, albowiem z „gołowąsa” wyrósł na wspaniałego mężczyznę z wielką, bujną, białą grzywą, okrywającą mu plecy, a co do odwagi i okazałości dorównywał ojcu.
Ale Kotik odrzekł:
— Zwolnijcie mnie na rok jeden jeszcze! Pamiętaj, droga mamo, o przysłowiu, że siódma fala dopiero najwyżej bije.
Zdarzyło się, że pewna samiczka również chciała do roku następnego odłożyć swe zaślubiny. Z nią przeto zaręczył się Kotik i przed wyruszeniem na wyprawę odtańczyli oboje wspaniały taniec świetlny na rozległych wybrzeżach Lukanonu.
Kotik udał się tym razem w kierunku zachodnim, a to z powodu wielkiej ilości płaszczyc, jakie tam napotkał. Kotik był rosły i potrzebował teraz najmniej sto funtów ryb dziennie, by sobie podjeść należycie. Polował długo i jadł, aż do zmęczenia, a potem rozciągnął się u wybrzeży wyspy Miedzianej i zasnął błogo kołysany falami. Znał brzegi, przeto spał spokojnie, aż około północy uczuł, że leży na miękkiej podściółce z alg i wodorostów, gdzie go woda zaniosła.
— Tej nocy silny mamy przypływ! — mruknął do siebie, przewrócił się na drugi bok, przeciągnął leniwie i rozwarł oczy.
Nagle podskoczył w górę z ogromnego zdziwienia. Oto ujrzał tuż koło siebie ogromne jakieś potwory, węszące po mieliźnie i szarpiące ogromne sploty wodorostów.
— Przysięgam na skały Magellana — zawołał — że pojęcia nie miałem, iż takie poczwary żyją w oceanie.