Od samego świtu bawił na łowach koło jam foczych — osiem mil opodal — i wrócił dopiero przed chwilą, przywożąc jako zdobycz aż trzy ogromne foki. W głębi długiego i niskiego korytarza czy lochu wiodącego do wewnętrznych drzwi domu słychać było warczenie i szczekanie psów, które, wyprzężone z sań i na resztę dnia zwolnione z roboty, biły się z sobą o miejsce w najcieplejszym kącie.

Gdy naszczekiwania stały się zbyt głośne, Kotuko zwlókł się ociężale z legowiska i pochwycił harap115 o giętkiej, osiemnaście cali116 mierzącej fiszbinowej rękojeści oraz długiej na dwadzieścia pięć stóp117, twardej pletni skórzanej.

Gdy wszedł w głąb lochu, podniosła się wrzawa tak przeraźliwa, jak gdyby psy wszystkie zamierzały pożreć go żywcem. Nie było to wszakże nic innego, jak zwykłe przymilanie się przed jedzeniem. Gdy dogramolił się do końca lochu, sześć kosmatych łbów jęło wodzić za nim ślepiami niecierpliwie. On zaś podszedł do wieszaka ze szczęk wielorybich, na którym wisiało mięso przeznaczone dla psów; jął odkrawać szerokim ostrzem włóczni potężne płaty tego zmarzniętego mięsiwa i stał w miejscu, trzymając w jednej ręce ów płat, w drugiej zaś harap. Wywoływał kolejno po imieniu wszystkie psy, poczynając od najsłabszego — a biada psu, który nadbiegł niewołany, bo ostrokończysty rzemień nie omieszkałby spaść z trzaskiem i szybko jak błyskawica, wydzierając mu z grzbietu szmat skóry i kudłatej sierści. Nie pozostało więc zwierzętom nic innego, jak warknąć gniewnie, kłapnąć raz zębami — i dławiąc się otrzymaną porcją — zmykać z powrotem do lochu, gdy tymczasem chłopak stał nadal na śniegu pod jaskrawą zorzą północną i dokonywał wymiaru sprawiedliwości. Na samym ostatku przychodził po swą należność czarny arcypies — olbrzymi przodownik sfory, który utrzymywał porządek wśród psów idących w zaprzęgu; Kotuko obdarzył go podwójną porcją mięsa, jako też dodatkowym chlaśnięciem bicza.

— Ach, prawda! — odezwał się w końcu, zwijając harap. — Mam ci przecie jeszcze ponad kagankiem jednego psiaka, który będzie piszczał wniebogłosy. Szarpok! Do nory!

Przeczołgał się z powrotem wśród zbitych w gromadę psów, otrzepał suchy śnieg z kożucha bijakiem fiszbinowym, położonym koło drzwi przez Amoraq, ostukał skórzany okap domu, by strząsnąć sople lodowe, grożące opadnięciem z śniegowej kopuły, i siadł z podwiniętymi nogami na worku.

Psy w lochu chrapały i skomlały przez sen, niemowlę w głębokiej futrzanej torbie na plecach Amoraq wierzgało nóżkami i dławiło się chlipiącym płaczem, a matka świeżo nazwanego szczenięcia legła przy boku Kotuka, wlepiwszy wzrok w ciepły i bezpieczny tobołek z fokowej skóry, zawieszony nad szerokim, żółtym płomieniem kaganka.

Wszystko to działo się hen daleko na północy, poza Labradorem — poza Cieśniną Hudsona, gdzie wielkie przypływy morskie druzgocą o brzeg lodową skorupę — na północ od Półwyspu Melville’a — ba, na północ od Cieśniny Fury and Hecla — na północnym brzegu Ziemi Baffina, tam, kędy Wyspa Bylota widnieje ponad lodowiskiem Cieśniny Lancasterskiej, niby miseczka z budyniem wywrócona dnem do góry. Na północ od Cieśniny Lancasterskiej już mało co jest nam znane, oprócz kraju Ellesmere’a i Północnego Devonu; atoli i tam żyją z rzadka ludzie, niejako najbliżsi sąsiedzi samego bieguna.

Kadlu był Inuitą — czyli, jak kto woli, Eskimosem, a jego plemię (liczące, ogółem wziąwszy, około trzydziestu osób) zaludniało Tununirmiut, czyli „krainę, która leży poza wszystkim”. Na mapach określono to pustkowie jako Zatokę Popasu Okrętowej Załogi, jednakże nazwa inuicka jest o wiele lepsza, gdyż kraj ten istotnie leży na samym krańcu świata. Przez dziewięć miesięcy w roku bywa tam tylko lód i śnieg, i nawałnica za nawałnicą — oraz mróz, jakiego nie potrafi sobie nawet wyobrazić ten, kto nie oglądał nigdy zera na termometrze. Na dobitkę przez sześć na owych dziewięć miesięcy panują tam nieprzebite ciemności — i to właśnie jest najstraszniejsze. W ciągu trzech miesięcy letnich mróz chwyta tylko co drugi dzień i w każdą noc; wówczas to na południowych stokach lodowców śnieg taje po trosze i garstka przyziemnych łóz wypuszcza kosmate bazie, a wątłe porosty skalne lub inne jakoweś roślinki zdają się kwitnąć; w tęż porę gdzieniegdzie uwalnia się z lodów morze i obrzeża się usypiskami drobnego żwiru i okrągłych kamyków, a gładkie głazy i pasiaste opoki wznoszą się ponad ziarnistym śniegiem. Wszystko to jednak przemija po upływie kilku tygodni; sroga zima na nowo okuwa ląd w twarde dyby, a na pełnym morzu wielkie kry lodowe zaczynają ścierać się i spierać, kłębić się i gnębić, szastać się i zrastać z sobą — w końcu wszystko przymarza, krzepnie, tężeje i tworzy się gruby na dziesięć stóp pomost od strądu118 aż hen ku przestworom morskiej głębiny.

Zimą Kadlu uganiał się za fokami aż do skraju lodowisk lądowych, dźgając je włócznią, gdy wynurzyły się z lodowych świści i przerębli celem nabrania tchu. Foka musi mieć otwartą toń morską, w której by mogła przebywać i poławiać ryby; tymczasem skorupa lodowa niekiedy ciągnie się bez przerwy czterdzieści mil od najbliższego lądu. Dalekie więc nieraz musiały być jego wyprawy. Na wiosnę, gdy lody topniały, cofał się wraz ze swą drużyną w głąb stałego lądu, gdzie rozbijano namioty ze skór, chwytano w sidła przelotne ptactwo lub zabijano młode foki, wygrzewające się w słońcu na wybrzeżu. Później zapuszczano się na południe Ziemi Baffina, gdzie ścigano renifery i zgarniano całoroczny zapas łososi w nielicznych strumieniach i jeziorach. We wrześniu lub październiku wracano na północ, gdzie urządzano polowanie na woły piżmowe lub powszednim obyczajem — na foki. Wędrówki te odbywano przy pomocy psich zaprzęgów, zdolnych przebiec po dwadzieścia do trzydziestu mil dziennie, czasem zaś posuwano się wzdłuż wybrzeża w wielkich skórzanych „babskich kajakach”. Wówczas to psy i dzieci leżały potulnie u stóp wioślarzy, a kobiety nuciły różne pieśni, przemykając się od przylądka do przylądka po zimnej i gładkiej wodzie. Wszystkie przedmioty zbytku, jakie znano w Tununirmiucie, pochodziły z południa, a więc przyniesione wodą kawałki drzewa, przydatne jako płozy do sanek, dalej pręty żelazne do wyrabiania grotów harpuna, noże o stalowych ostrzach, blaszane kociołki, w których o wiele lepiej było przyrządzać strawę niż w dawniejszych naczyniach z miękkiego steatytu, także krzesiwo lub nawet zapałki, kolorowe wstążki dla kobiet, tanie lusterka tudzież czerwone sukno do obrębiania kaftanów reniferowych. Kadlu sprzedawał południowym Inuitom piękny ząb narwala, żółtawy a spiralnie skręcony, oraz zęby wołu piżmowego, cenione na równi z perłami; ci zaś z kolei wiedli handel z wielorybnikami oraz stacjami misyjnymi w cieśninach Ekseterskiej i Cumberlandzkiej; tak podjęty łańcuch posuwał się coraz dalej i zdarzało się, że kociołek, kupiony przez kucharza okrętowego w bazarze Bhendy, dokonywał swego żywota nad pełnym tranu kagankiem kędyś w mroźnym obrębie koła podbiegunowego.

Kadlu, jako tęgi myśliwy, miał pod dostatkiem żelaznych harpunów, noży do zdrapywania śniegu, oszczepów używanych na ptaki oraz wszelkich przyrządów ułatwiających życie podczas wielkich mrozów tamecznych119.