— Nie możemy tu pozostawać! — syknął jednakże w końcu. — Małe Plemię rozjątrzyło się nie na żarty! W drogę!

Trzymając się tuż przy powierzchni wody i wedle możności często nurkując, Mowgli dał się ponosić prądowi, a noża nie wypuszczał z dłoni.

— Wolnego! Wolnego! — hamował go Kaa. — Jeden ząb (o ile to nie jest ząb kobry) nie podoła całej setce zębatych stworzeń. Wiele psów zdołało zbiec przed Małym Plemieniem do wody... i wyszły bez szwanku!

— Tym więcej będzie miał do roboty mój nóż!... Ale... o fe! Jak te małe istotki nas ścigają.

I dał znów nurka w wodę, bo powierzchnię rzeki zakryła ławica dzikich pszczół, buczących złowrogo, a tnących wszystko, co napotkały po drodze.

— Na milczeniu jeszcze nikt nie stracił — zauważył Kaa, którego twardych łusek nie zdołało przebić ani jedno żądło — a wszak ciebie czekają jeszcze całonocne łowy! Posłuchaj, jak wyją dhole!

Tylne szeregi psiej zgrai — niemal jej połowa spostrzegły od razu pułapkę, w jaką wpadli ich towarzysze, przeto wykonawszy bystry zwrot w bok, rzuciły się ku rzece tam, gdzie wąwóz obrywał się nagle stromą, prostopadłą niemal krzesanicą. Ich wściekłe okrzyki oraz pogróżki, skierowane przeciwko „małpie łażącej po drzewach”, która ściągnęła na nich taką sromotę, mieszały się z wyciem i skowytem współbraci pokąsanych przez pszczoły. Pozostawanie na brzegu groziło śmiercią — z tego zdawał sobie dobrze sprawę każdy z psów. Przeto cała gromada jęła bez namysłu skakać w wodę — i popłynęła z prądem aż hen ku Skale Pokoju. Atoli i tam ścigało je Małe Plemię — i kąśliwym natarciem zmusiło zwierzęta do niejednokrotnego chowania się pod wodę. O uszy Mowgliego obijał się dyszący wściekłością głos kusego przodownika, zachęcającego towarzyszy, by trzymali się dzielnie i wymordowali wszystkie wilki w Seeonee. Ale chłopak nie tracił czasu na podsłuchy, tylko płynął uporczywie coraz dalej.

— Ktoś morduje nas podstępnie w ciemności! — warknął jeden z psów. — Woda zbrukała się krwią.

To Mowgli podpłynął był jak wydra, nurkiem pod wodą, wciągnął jakiegoś dhola w głąb topieli, zanim ten zdążył szarpnąć się i pysk rozewrzeć. Za chwilę trup rudego zwierza wychynął z pluskiem na powierzchnię, a wokół Skały Pokoju ukazały się na wodzie smugi ciemnej, kleistej cieczy. Przerażone dhole próbowały zawrócić z drogi, ale przemóc nie zdołały wartkiego i silnego prądu; zresztą pszczoły cięły je nadal zawzięcie po szyjach i uszach, na domiar zaś złego w gęstniejącym mroku rozlegało się coraz głośniejsze i wyraźniejsze hasło bojowe Drużyny Seeoneeńskiej.

Mowgli znów dał nurka i znów jeden z psów zniknął pod wodą, by w chwilę później wypłynąć — już jako trup — na powierzchnię. Znowu podniosła się wrzawa na tyłach. Rude psy jęły kłócić się z sobą: jedne głosiły, że najlepszą rzeczą byłoby wyjść na brzeg, drugie błagały swego przywódcę, by doprowadził je z powrotem do Dekanu, inne wreszcie wzywały Mowgliego, by wynurzył się z wody i stanął do otwartej rozprawy.