— Ależ, Braciszku! — zaczęła Bagheera — przecież my nie...
— Mówię ci, że tak jest! — burknął Mowgli gniewnie, wyrzucając przed siebie palec wskazujący. — Tak! Wy odchodzicie sobie precz, a ja, pan dżungli, muszę chodzić samopas! A jak to było w zeszłym roku, gdy przyszła mi oskoma na trzcinę rosnącą na polach ludzkiej gromady? Posłałem ciebie jako gońca do Hathiego, rozkazując mu, by przybył w oznaczoną noc i trąbą swą nazrywał dla mnie tej słodkiej trawy...
— Przybył przecie, tylko się spóźnił o dwie noce — odrzekła Bagheera, pochylając z lekka łeb ku ziemi. — Tylko o dwie noce... A co się tyczy tej długiej, słodkiej trawy, którą tak lubisz, toż przyniósł ci jej o wiele więcej, niżby potrafiło spożyć małe Ludzkie Szczeniątko przez wszystkie noce pory deszczowej. Ja tu nie byłam nic winna...
— Rzecz cała w tym, że on nie stawił się na me wezwanie w ową noc, którą mu oznaczyłem, ale biegał jak szalony po wertepach górskich, trąbił, dudnił i hałasował. Widziałem go przy świetle księżycowym, jak tańczył nieopodal domów ludzkich. Nie potrafił ukryć się pośród drzew, bo ślady jego były jako ślady trzech słoni. Jam go widział, a jednak on do mnie nie przybył, mimo że przecie jestem panem dżungli!
— Był to właśnie Czas Nowej Gwary — tłumaczyła pantera z pokorą. — A może, Mały Bracie, nie przywolałeś go Czarnoksięskim Zaklęciem?... Ale słuchaj, co tam nuci Ferao!
Mowgli — jakby już ochłonął z gniewu — położył się wygodnie na wznak, podparł głowę rękami i zamknął oczy.
— Nie rozumiem... a zresztą nie obchodzi mnie to wcale — rzekł sennym głosem. — Prześpijmy się, Bagheero. Coś mi tak ciąży w żołądku... Przygotuj mi oparcie pod głowę!
Pantera legła potulnie na ziemi, ale westchnęła głęboko, bo z głębi kniei raz po raz dolatywał ją głos dzięcioła Ferao, ćwiczącego się w piosence na powitanie wiosny, czyli tak zwanego Czasu Nowej Gwary.
Pory roku w dżungli tak spływają się z sobą, że trudno dostrzec pomiędzy nimi jakieś granice. Na pozór istnieją tylko dwie — mokra i sucha, ale kto umie przeniknąć wzrokiem tumany kurzu, kłęby dymu i strugi ulewy, przekona się, że wszystkie cztery pory roku płyną najzupełniej normalnym trybem. Najdziwniejsza jest wiosna, gdyż zamiast okrywać nagie pola nowymi kwiatami i liśćmi, usuwa i uprząta obwisłe — ledwo ocalałe przy życiu — szczątki zieleni, oszczędzone przez łagodną zimę, odmładzając i odświeżając zaschłą, skąpo odzianą ziemię.
Pod tym względem żadna wiosna na świecie nie może się równać z wiosną w dżungli.