— No, no! — mruknął Mowgli. — Baj, baju! Pleć, pleciugo, byle długo! Ludzie są bliskimi krewniakami plemienia bandar-log. Teraz on sobie będzie płukał gębę wodą... potem sobie zakurzy fajkę... a gdy już odprawi te wszystkie obrządki, zacznie opowiadać duby smalone69! To ci mądrale z tych ludzi! Nikt nie będzie pilnował Messui, póki sobie nie nabiją uszu Buldeowymi bajędami. A ja... ja staję się tak leniwy jak oni!
Otrząsnął się i wymknął z powrotem do chaty. Właśnie dochodził do okna, gdy poczuł jakieś lepkie dotknięcie w nogę.
— Matko! — odezwał się, bo dobrze mu było znane ciepło języka Wilczycy. — Co ty tu porabiasz?
— Posłyszałam, jak synowie moi śpiewają w lesie, i poszłam w ślad za tym, którego miłuję nad życie. Chciałabym bardzo, Żabusiu, zobaczyć tę kobietę, która karmiła cię mlekiem — mówiła Matka Wilczyca, cała mokra od rosy.
— Ludzie ją związali i chcieli zabić. Przeciąłem jej pęta, a teraz ona ujdzie w dżunglę wraz ze swym mężem.
— Pójdę i ja za nimi. Jestem stara, ale jeszcze nie straciłam zębów.
To rzekłszy, Matka Wilczyca wspięła się w górę i zajrzała przez okno w mrok chałupy. Po chwili zsunęła się cicho na ziemię i rzekła krótko:
— Ja pierwsza karmiłam cię swoim mlekiem, ale prawdę mówi Bagheera, że Człowiek w końcu wraca do ludzi.
— Być może — odparł Mowgli z wyrazem niezadowolenia na twarzy — ale w noc dzisiejszą nie myślę iść tą drogą. Zaczekaj tutaj, ale staraj się, by cię nie dostrzeżono.
— Ty nigdy nie bałeś się mnie, Żabusiu — rzekła Matka Wilczyca, chowając się w wysoką trawę, co czynić umiała wybornie.