— Ręczę ci, że nikt was nie będzie ścigał! Już moja w tym głowa! W każdym razie przydałby ci się konik, bo Messua jest zmęczona setnie.

Chłop wstał i zawiązał resztę rupij70 w połę kaftana. Messua z pomocą Mowgliego przelazła przez okno. Orzeźwił ją chłodny dech nocy, ale dżungla na tle gwiaździstego nieba wydała się kobiecinie nader ciemną i straszną.

— Czy znacie drogę do Kanhiwary? — szepnął Mowgli.

Skinęli głową.

— To dobrze... A teraz pamiętajcie, że nie macie czego się lękać. Nie potrzebujecie też przyspieszać kroku... Tylko... tylko chciałem was uprzedzić, że od czasu do czasu posłyszycie w dżungli za sobą albo przed sobą jakieś niewinne pośpiewywania.

— Ty myślisz, że odważylibyśmy się spędzić noc w dżungli, gdyby nam nie było straszno umierać w ogniu? Lepiej zginąć od zębisków wilczych niż z rąk ludzi! — zamruczał mąż Messui, ale Messua spojrzała na Mowgliego i uśmiechnęła się.

— Powiadam wam — mówił dalej Mowgli tym tonem, jakim przemawiał Baloo, gdy pakował odwiecznie Prawo Dżungli w głowę jakiegoś roztargnionego wilczęcia — powiadam wam, że ani jeden kieł w całej dżungli nie wyszczerzy się przeciw wam i ani jedna łapa przeciw wam się nie podniesie. Żaden człowiek ani zwierzę nie poważy się stanąć wam na przeszkodzie, póki nie dojdziecie do samej Kanhiwary. Będziecie mieli straż przy sobie.

Tu zwrócił się szybko w stronę Messui i dodał:

— On nie dowierza mym słowom... Ale ty chyba mi ufasz?

— A jakże, syneczku, wierzę ci. Już o to nie stoję, kto będzie szedł z nami: czy człowiek, czy duch, czy wilczysko.