— Ależ, Braciszku!... Wyznam ci szczerze i rzetelnie, iż nie godzi się mówić do Hathiego: „przyjdź!” lub „odejdź!”. Pomnij, że on jest Władcą Dżungli i zanim współżycie z ludźmi odmieniło wyraz twej twarzy, on ciebie nauczył pewnego Czarnoksięskiego Zaklęcia.

— Wszystko mi jedno! Teraz ja znam pewne Zaklęcie, któremu on oprzeć się nie zdoła. Przykaż mu, by przyszedł do Mowgliego, który jest Żabą. Jeśli zaś prośby nie posłucha, tedy każ mu przyjść w imię Spustoszonych Pól w Bhurtporze.

— W imię Spustoszonych Pól w Bhurtporze — powtórzyła Bagheera kilkakrotnie, by lepiej zapamiętać. — Pójdę! Hathi pewnie z początku bardzo się rozgniewa, ja zaś chętnie poświęciłabym całomiesięczną zdobycz, byle posłyszeć Czarnoksięskie Zaklęcie, które Milczącego Władcę Dżungli zniewala do posłuszeństwa.

To rzekłszy, oddaliła się. Mowgli, pozostawszy sam, jął dźgać zaciekle nożem w ziemię. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się widzieć krwi ludzkiej; pierwszy raz ujrzał ją — a co ważniejsze, poczuł jej zapach — na więzach, które krępowały kobietę. Messua była dlań zawsze dobra, przeto — o ile u niego można było mówić o uczuciach — darzył ją uczuciem miłości tak gorącej, jak gorąco nienawidził innych ludzi. Jednakowoż choć żywił wstręt i nienawiść do ludzi, do ich języka, okrucieństwa i tchórzostwa, za żadne skarby dżungli nie wymógłby tego na sobie, by targnąć się na życie ludzkie i znów chłonąć nozdrzami straszliwy cuch krwi człowieczej. Powziął zamiar prostszy, lecz skuteczniejszy — i uśmiechnął się na wspomnienie, że pomysł tego przedsięwzięcia poddała mu jedna z baśni opowiadanych przez starego Buldea o szarej godzinie pod figowcem.

— Tak! To było istotnie Czarnoksięskie Zaklęcie! — posłyszał w tej chwili szept Bagheery. — Zdybałam ich pasących się nad rzeką. Poszli za mną potulnie jak cielęta. Patrz, już nadchodzą!

Jakoż nadchodził Hathi wraz z trójką swych synów — nie czyniąc, jak zwykle, najmniejszego szmeru swym stąpaniem. Ich podbrzusza i kłęby były utytłane nieobeschłym jeszcze rzecznym namułem, a Hathi żuł w zamyśleniu zieloną łodygę młodego drzewka pandanowego, które wyszarpnął potężnymi kielcami72. Atoli Bagheera, obdarzona wzrokiem bystrym a przenikliwym, zmiarkowała z całej postawy olbrzyma, że nie jest to już Władca Dżungli, przemawiający do Ludzkiego Szczenięcia, lecz lękliwe gruboskórne zwierzę, stające przed obliczem istoty nieulękłej. Trzej synale-drągale toczyli się ramię przy ramieniu tuż za swym tatą.

Na rzucone przez Hathiego pozdrowienie: „Szczęśliwych łowów!” Mowgli ledwie raczył podnieść głowę i nie odpowiedział nic, pozwalając olbrzymowi przez dłuższą chwilę kołysać się nieśmiało i przestępować z nogi na nogę. Kiedy na koniec przemówił, słowa jego zwracały się nie ku słoniom, lecz w stronę Bagheery:

— Opowiem ci historię, jaką słyszałem z ust myśliwca, na którego urządziliście dziś obławę. Mówi ona o pewnym starym i mądrym słoniu, który wpadł w pastkę73 i natknąwszy się na ukryty w niej ostry kół, rozdarł sobie skórę od kostki w nodze aż niemal po sam obojczyk; śladem tej rany pozostała wielka, biała blizna.

To rzekłszy, Mowgli skinął ręką, a gdy się Hathi odwrócił, na jego szarym boku ukazała się widoczna w księżycowym świetle długa, biała blizna jakoby wypalona rozżarzonym do czerwoności prętem żelaznym.

— Nadeszli ludzie, by wyciągnąć go z pułapki — ciągnął dalej Mowgli — on jednakże zerwał pęta (taki był z niego osiłek!) i zaszył się w knieję. Siedział tam, póki nie wylizał się z zadanej mu rany. Wówczas, w noc jedną powrócił z nagła i z wściekłością wtargnął na pola należące do obławników74. A miał z sobą, jak sobie przypominam, trzech synów-olbrzymów. Wszystko to zdarzyło się przed wieloma, wieloma porami deszczowymi... hen daleko stąd... wśród pól Bhurtporu. I jak to było, o Hathi, z tymi polami podczas następnych żniw?