— Gdzie tam! Przecież to są przedmioty martwe. On powiada, że jest ich strażnikiem.
— Aha! To tak jak wilk pilnuje mięsa, które zawlókł do swego leża. Chodźmy!
Dopłynął do brzegu, wytarzał się w trawie, by się wysuszyć, i ruszyli we dwójkę do Chłodnych Legowisk — owego opustoszałego miasta, o którym jużeście pewno słyszeli. W tym to czasie Mowgli wcale już nie lękał się małp, natomiast małpy okazywały przed nim śmiertelną trwogę. Jak było, tak było, dość, że w ową porę Plemię Małp grasowało w dżungli, przeto Chłodne Legowiska, oblane poświatą miesięczną, ciche były i puste. Kaa wdarł się na taras, gdzie stały zwaliska altany królowej, przesunął się po rumowisku i zapuścił się w zasypaną do połowy klatkę schodową, która wiodła z środkowej komnaty pod ziemię. Mowgli rzucił hasło wężom:
— Ja i ty jes-s-steś-ś-śmy z-z-z jednej krwi! — i jął czołgać się na czworakach w ślad za pytonem. Czołgali się przez czas dłuższy spadzistym korytarzem, który skręcał kilkakrotnie w różne strony, aż w końcu doszli do miejsca, gdzie korzenie jakiegoś wielkiego drzewa, wyrastające o trzydzieści stóp nad ich głowami, wyważyły olbrzymi głaz ze ściany. Przeleźli przez ten otwór i znaleźli się w ogromnej komnacie, której kuliste sklepienie było również nadwerężone korzeniami drzewnymi, tak iż przez szczeliny przesączało się w ciemną głąb tu i ówdzie światło drobnymi skrawkami.
— Nie ma co mówić, bezpieczna nora — rzekł Mowgli, podnosząc się na nogi — jednakże za daleko położona, by w niej bywać codziennie. Ale cóż tu jest godnego widzenia?
— A ja to nic? — ozwał się głos jakiś w głębi komnaty i Mowgli spostrzegł jakąś białą zjawę, wyłaniającą się z wolna z mroku. Jął przyglądać się jej ruchom, coraz lepiej rozpoznawał jej kształty i już niebawem miał przed oczyma olbrzymiego kobrę, największego, jakiego zdarzyło mu się widzieć w życiu. Gad ten mierzył bez mała osiem stóp długości, zasię barwa jego skóry, wyblakłej wskutek długiego przebywania w ciemności, przypominała odcień starej kości słoniowej. Nawet okulary na wypuszczonym kapturze spłowiały już, przybierając kolor bladożółty. Oczy gorzały jak rubiny, przydając osobliwego uroku dziwnej postaci.
— Pomyś-ś-lnych łowów! — zasyczał Mowgli, który nie rozstawał się nigdy ani z nożem, ani z dobrym wychowaniem.
— Co słychać w mieście? — odezwał się Biały Kobra, nie odpowiadając na jego pozdrowienie. — Co słychać w wielkim, warownym mieście... w mieście stu słoniów101, dwudziestu tysięcy koni i niezliczonych gromad bydła... w mieście Króla Dwudziestu Królów? Słuch mi stępiał i już od dawna nie słyszałem gongów wojennych.
— Nad naszymi głowami szumi knieja102 — odrzekł Mowgli. — Ze słoni znam tylko Hathiego i jego trzech synów. Co się tyczy koni, było ich trochę w wiosce, ale wszystkie powybijała Bagheera... A co to jest król?
— Mówiłem ci — szepnął Kaa do kobry — mówiłem ci już cztery miesiące temu, że twoje miasto z dawna przestało istnieć.