— Tego właśnie chcemy. Za to właśnie cierpimy — odrzekł Dan. — Dla nas teraz to nie ma jak w domu. Mieliśmy tu niezbyt miłe towarzystwo.

I gdy kucharz rzucił im linkę, Dan opowiedział mu całe zdarzenie.

— Tak! On przyszedł po swój nóż! — były to jedyne słowa kucharza, gdy opowieść dobiegła już końca.

Mały, lekki szoner We’re Here nigdy nie wydawał się chłopcom tak rozkosznie przytulny i swojski, jak wtedy, gdy kucharz, urodzony i wychowany wśród mgieł, holował ich z powrotem ku niemu.

Ciepły odblask światła, bił z kajuty, z kuchni dolatywał smakowity zapach jadła — i tak miło było słyszeć Diska i resztę towarzyszy, całych i zdrowych, wychylających się poza parapet i obiecujących im tęgie bicie! Atoli kucharz był mistrzem sztuki strategicznej. Nie wciągnął czółen na pokład, dopóki nie opowiedział najważniejszych szczegółów całej tej historii, przy czym obijając się raz po raz łodzią o rufę, nie omieszkał wyjaśnić, że Harvey jest dobrym duchem statku zdolnym zażegnać wszelkie nieszczęście, wszelką złą wróżbę. W ten sposób chłopcy pozyskali sobie na statku sławę niemal bohaterów; zamiast wychłostać ich za sprawiony kłopot, zasypano ich mnóstwem pytań. Mały Penn wygłosił całe kazanie o niedorzeczności przesądów; jednak powszechna opinia była przeciwko niemu, a za to po stronie Długiego Dżeka, który niemal do samej północy opowiadał różne niestworzone dziwy o duchach i upiorach. Pod wrażeniem tych opowieści nikt już, oprócz stryja Saltersa i Penna, nie pisnął o przesądach, gdy kucharz umocował na deszczułce zapaloną świecę, podpłomyk oraz szczyptę soli i spuścił to wszystko z rufy na wodę, by zapewnić spokój duszy Francuza, w razie gdyby jeszcze miała się tułać po świecie. Danowi przypadło zapalić świeczkę, jako że to on kupił pas zmarłego Francuza, a kucharz chrząkał i mruczał zaklęcia, dopóki tylko widać było pląsający po falach płomyk świecy.

Gdy po odbytej wachcie chłopcy udawali się na spoczynek, Harvey rzekł do Dana:

— No i co...

— Phi, wydaje mi się, że jestem człowiekiem oświeconym i postępowym, ale kiedy jakiś tam zmarły matros42 napędza strachu dwom biednym chłopakom z powodu noża nabytego za trzydzieści centów, to dalibóg, gotów jestem całkowicie poddać się zdaniu kucharza. Nie dowierzam cudzoziemcom, zarówno żywym jak i umarłym.

Nazajutrz wszyscy, oprócz kucharza, wstydzili się już po trosze owych guseł i ze zdwojoną aktywnością przystąpili do roboty, półgębkiem tylko rozmawiając z sobą.

We’re Here szedł w zawody z Parry Norman, a walka ta była tak uporczywa i oczywista, że cała flotylla podzieliła się na dwa stronnictwa zakładające się z sobą o paczki tytoniu. Cała załoga harowała, to pilnując lin, to oprawiając ryby, aż ich na koniec zmorzył przy pracy twardy sen — bo praca ta trwała od świtu do późnej nocy, gdy już w ciemności nie można było niczego rozpoznać; do roboty zaprzęgnięto nawet kucharza. Harvey’a odkomenderowano do szafarni celem dostarczania soli, natomiast Dan pomagał w patroszeniu ryb. „Na szczęście” ktoś z załogi Parry Norman zwichnął sobie nogę w kostce, upadłszy na galardzie, więc załoga We’re Here wyszła z zawodów zwycięsko. Harvey nie mógł pojąć, jakim sposobem można by jeszcze wpakować do składu choćby jedną rybę, ale Disko i Tom Platt wciąż dokładali i dokładali, przyduszając całą tę masę wielkimi kamieniami, służącymi za balast... i jakoś zawsze starczyło roboty „jeszcze na jeden dzień”.