— A cóż takiego? — spytał Długi Dżek.

— Otto!... Spuść do połowy masztu. Teraz już jesteśmy widoczni z brzegu.

— O mało co nie zapomniałem o nim... On chyba nie miał nikogo w Gloucester?

— Owszem... miał dziewczynę, z którą właśnie zamierzał brać ślub.

— Zlituj się nad nią, Panno Święta! — ozwał się Długi Dżek i zniżył banderę do połowy masztu, ażeby uczcić pamięć Ottona, który przed trzema miesiącami, gdy minęli Le Have, zmieciony został falą w morze.

Disko otarł łezkę z oczu i wydając szeptem rozkazy, poprowadził We’re Here do nabrzeża Wouvermana; raz wraz wymijał małe parowczyki zakotwione na łańcuchach, a stróże nocni nawoływali go z cyplów grobel czarnych jak atrament. Poprzez całą tę ciemność i tajemniczość pochodu Harvey wyczuwał ląd, znów mu tak bliski, pełen tysięcy uśpionych ludzi, wyczuwał zapach gleby rozmiękłej po deszczu i tak mu dobrze znany hałas manewrującego parowozu, który pokrząkiwał i sapał na bocznych torach; wszystko to wywoływało żywsze bicie serca w chłopcu stojącym przy głowicy statku oraz dziwną jakąś suchość w gardle. Oto słychać było chrapanie wartownika kotwicznego na wetkniętym w pochwę ciemności statku światłowym, po którego obydwu bokach migotała latarnia. Ktoś przebudził się z głośnym pochrząkiwaniem, rzucił im linę; tak przybili do cichego nabrzeża, okolonego wielkimi halami o żelaznych dachach i ciepłych, choć pustych, wnętrzach — i spoczęli tam niemal bez szelestu.

Wówczas Harvey, usiadłszy za kołem sterowym, zaczął szlochać i szlochać, jakby mu serce miało pęknąć. Jakaś wysoka kobieta, która dotąd siedziała na platformie wagi, weszła na pokład szonera i ucałowała Dana w policzek; była to jego matka, która przybyła tutaj, dostrzegłszy We’re Here przy świetle błyskawic. Na Harvey’a nie zwracała uwagi, dopóki nieco nie przyszedł do siebie — wówczas Disko opowiedział jej całą historię chłopaka. Następnie gdy już świtało na niebie, udali się razem do domu Diska, a dopóki nie otwarto urzędu telegraficznego i dopóki nie można było nadać depeszy do rodziny, Harvey Cheyne był bodajże najbardziej osamotnionym chłopcem w całej Ameryce. Rzecz dziwna, że Disko i Dan wcale się nie gorszyli jego płaczem.

Wouverman nie był przygotowany na ceny podane mu przez Diska; wobec czego Disko — pewny, że upłynie co najmniej tydzień do czasu następnego statku — dał mu parę dni na strawienie tej pigułki. Przeto cała załoga hulała sobie po ulicach, a Długi Dżek zatrzymywał tramwaj idący do Rocky Neck — dla zasady, jak mówił — dopóki konduktor nie pozwolił mu na wolny przejazd. Ale Dan z niewiadomej przyczyny zaczął hardo zadzierać swego piegowatego nosa, stał się dziwnie tajemniczy i jął z góry spoglądać na swą rodzinę.

— Zobaczysz, Dan, że wezmę się ostro do ciebie, kiedy mi będziesz nadal postępował w ten sposób — ozwał się Troop w zamyśleniu. — Od czasu jak dostaliśmy się na ląd, stałeś się całkiem nieznośny.

— Ja byłbym mu się od razu dobrał do skóry, gdyby on był moim synem! — oświadczył cierpko stryj Salters, który wraz z Pennem stołował się u Troopów.