— A, tak sobie. Jestem już, że tak powiem, stworzeniem, które nazywają pomocnikiem bosmana... ot po prostu bosmańczykiem. A ty jużeś się uporał z tą twoją uczelnią?

— Odbyłem znaczną część drogi. Powiadam ci, że Leland Stanford Junior to nie stary We’re Here, jednakże wkrótce wezmę się do pracy.

— Masz na myśli nasze okręty?

— Właśnie, że tak. Poczekaj no tylko, jak ci wpakuję nóż w bok, Dan. Gdy obejmę rządy, mam zamiar dać się we znaki całej starej linii.

— E, jakoś wytrzymam! — rzekł Dan, szczerząc zęby poufale, a gdy Harvey zsiadł z konia i zapytał przyjaciela, czy wejdzie do domu, ten dodał: — Przecież dlatego tu zapuściłem kotwicę! Ale powiedz no mi, czy gdzie w tych stronach nie ma naszego doktora?

Rozległ się cichy, ale triumfu pełen chichot. Z mgły wynurzył się eks-kucharz załogi We’re Here, by ująć wierzchowca za uzdę. Poczciwiec nie pozwalał nikomu się wyręczać w trosce o wszelkie potrzeby Harvey’a.

— Ależ tu mgła jak na Ławicach, prawda, doktorze? — zagadnął go Dan przychylnie.

Jednakże czarny Celt, obdarzony dwojakim zmysłem wzroku, zdawał się niezdolny do dania jakiejkolwiek odpowiedzi, dopóki nie pochwycił Dana za ramię i po raz dwudziesty nie zakrakał mu w ucho starym proroctwem:

— Pan — sługa... Zwierzchnik — podwładny... Pamiętasz, Dan Troop, co ci mówiłem na pokładzie We’re Here?

— No, nie będę przeczył, że jak dotąd; całkowicie się to sprawdza — przyznał Dan. — Ale We’re Here był sprawnym stateczkiem i bądź co bądź zawdzięczam mu wiele... jemu i tatkowi.