— Ty i ja, i kilku jeszcze innych, mamy napełnić tę jamę — odrzekł Dan. — Tam właśnie składa się ryby.
— Żywe? — zapytał Harvey.
— Ale gdzież tam. Już zdechłe... i że tak powiem... to jest... nieżywe... spłaszczone... i solone; w komorze leży sto okseftów14 soli.
— A gdzież są ryby?
— W wodzie ryb mnóstwo... a chude rybobranie!... — odpowiedział Dan przytaczając przysłowie rybackie. — Wczorajszej nocy wraz z tobą przybyło ich około czterdzieści.
Wskazał na coś w rodzaju drewnianej komory na samym przodzie tylnego pokładu.
— Będziemy musieli obaj nalewać tam wody, gdy oni powrócą. Daj Boże, byśmy dziś mieli pełne komory! Widziałem jak okręt zanurzał się na pół stopy od ciężaru ryb czekających na wypatroszenie, a myśmy stali i stali przy stołach, aż nas nie zaczął taki sen morzyć, że krajaliśmy własne palce zamiast ryb... A jakże! To oni wracają!
I wychyliwszy się za niski parapet zaczął przyglądać się sześciu łódkom sunącym ku nim po błyszczącej, jedwabistej toni.
— Nigdy nie oglądałem morza z tak bliska — zauważył Harvey. — Ładnie wygląda!
Zachodzące słońce barwiło cały przestwór morza na pąsowo i purpurowo, rzucając złote błyski na pasma długich grzbietów wodnych oraz modre i zielonkawe cienie na utworzone między nimi bruzdy. Każdy z szonerów, jakie było widać tu i ówdzie, zdawał się za pomocą niewidzialnych sznurków przyciągać ku sobie swoje czółna, a siedzące w czółnach czarne figurki wioślarzy podobne były do małych, nakręcanych pajaców.