— Dwieście trzydzieści dwie! — zawołał głosem donośnym.
— Podaj mu hak! — ozwał się Dan.
Harvey cisnął narzędzie do rąk Manuela. Ten zaczepił je o pętlicę powrózka z przodu łodzi, pochwycił z rąk Dana pęk liny, przytroczył ją do rufy i wdrapał się na pokład szonera.
— Ciągnij! — wrzasnął Dan.
Harvey zaczął ciągnąć i aż się zdumiał, przekonawszy się, z jaką łatwością łódź szła do góry.
— Stój! Nie na bocianim gnieździe jej miejsce! — zaśmiał się Dan.
Harvey przestał ciągnąć, gdyż łódź wisiała już w powietrzu ponad jego głową.
— Niżej! — krzyknął Dan.
Gdy Harvey nieco opuścił linę, Dan jedną ręką zaczął bujać lekką łódkę, aż osadziła się swobodnie tuż za masztem głównym.
— Gdy puste, to nic nie ważą. Dla pasażera to akurat fatyga... ale trudniej, gdy się tak puścić na morze.