Portugalczyk chybotał się w łódce o milę od nich, ale kiedy Dan podniósł w górę koniec wiosła, natychmiast dał trzykrotny znak lewą ręką.
— Trzydzieści sążni — rzekł Dan, uczepiając do haka kawałek solonego mięsa. — Dalej w morze te placki! Zakładaj przynętę tak jak ja, Harvey’u, tylko nie rób wielkiego hałasu swym zwijadłem.
Dan już dawno rozwinął linę, zanim Harvey opanował tajemnicę zakładania przynęty i wyrzucania ołowianek. Łódka płynęła swobodnie z prądem. Nie warto było zarzucać kotwicy, póki nie byli całkiem pewni dobrego gruntu.
— Mamy go! — wrzasnął Dan; rzęsisty deszcz wodnych rozbryzgów zachrzęścił na plecach Harvey’a, a wielki dorsz zaczął rzucać się i trzepotać tuż koło niego. — Dawaj klipę, Harvey’u, klipę! Masz ją pod ręką! Prędzej!
Klipą oczywiście nie mogła być trąbka obiadowa, przeto Harvey podał mu tłuczek. Dan umiejętnie ogłuszył rybę, zanim wciągnął ją do wnętrza łodzi, po czym z pyska ryby wykręcił hak, posługując się krótkim drewnianym kijkiem, który nazywał „pędzelkiem do gardła”. Wtem Harvey poczuł szarpnięcie, więc z całą gorliwością jął ciągnąć sznur w górę.
— Ależ to poziomki! — krzyknął. — Przypatrz no się!
Haczyk istotnie uwikłał się w kępie poziomek czerwonych po jednej stronie, a białych po drugiej — doskonale naśladujących jagodę leśną, z tą tylko różnicą, że nie miały listków, a łodygi ich były wewnątrz puste, a z wierzchu oślizłe.
— Nie dotykaj! Wyrzuć je! Nie...
Ostrzeżenie przyszło za późno. Harvey już zerwał je z haka i przyglądał im się z podziwem.
— U-uch! — krzyknął i wstrząsnął palcami, jak gdyby pochwycił w rękę całą garść pokrzyw.