Potem Manuel dobył jakichś dziwnych dźwięków ze smętnie brzmiącej machetty i zaśpiewał piosnkę portugalską, w której powtarzała się zwrotka o Nina innocente!; pieśń zakończyła się wysokim trelem, przy silnym akompaniamencie wszystkich strun. Potem znów wystąpił Disko z drugą śpiewką o staroświeckiej, zgrzytliwej nucie, a wszyscy przyłączyli się do chóru.
Harvey omal się nie rozpłakał, słuchając pieśni. Sam nie wiedział, skąd mu się wzięło to rozrzewnienie. Jeszcze gorzej poszło, gdy kucharz porzucił skrobanie kartofli i ujął skrzypce. Opierając się plecami o drzwi kredensu, rozpoczął grać dziwną melodię. Wyczuć w niej można grozę jakiegoś nieszczęścia, jakiejś wielkiej niedoli, która spotkać nas musi niechybnie, na przekór wszelkim naszym staraniom. Po chwili zaczął śpiewać w jakimś nieznanym języku, przyciskając ogromny podbródek do siodełka skrzypiec i błyskając w świetle lampy białkami oczu. Harvey uniósł się z pryczy, by lepiej słyszeć. Pośród trzeszczenia wręg i tarcic, pośród plusku wodnych wałów pieśń huczała i zawodziła jak nawietrzna dunuga23 w nieprzebitej mgle... aż wreszcie zamknęła się przeciągłym, żałosnym tonem.
— Na miły Bóg! Aż mnie ciarki przechodzą! — ozwał się Dan. — Cóż to jest, u pioruna?
— Pieśń o Finie M’Coula — odparł kucharz — jak odjeżdżał do Norwegii.
Murzyn mówił angielszczyzną dość poprawną, ale jakąś chrapliwą; miało się wrażenie, jakby głos wychodził ze starego gramofonu.
— Prawdę mówiąc, to i ja bywałem w Norwegii. Musi to być chyba jakaś starodawna pieśń — rzekł Długi Dżek, wzdychając.
— Zaraz tu będziecie mieć drugą — podchwycił Dan i jął wybijać na harmonii hałaśliwą, łatwo w ucho wpadającą śpiewkę.
— Przestań! — wrzasnął Tom Platt. — Czy chcesz nam, Dan, popsuć całą wyprawę? Toć pewny Jonasz... chyba że to zaśpiewasz wtedy, gdy już zasolimy wszystko, co potrzeba...
— Nie, to nie Jonasz! Czyżby tak było, tato? Nie, chyba że się dośpiewa do samego końca... Już ty mnie nie będziesz uczył, co to Jonasz!
— Cóż to znaczy? — zapytał Harvey. — Cóż to za Jonasz?