— No, no! — ozwał się Dan — jeszcze sporo się zdarzy, zanim Harvey będzie moim panem. Ale wydaje mi się, że w całej maszoperii najgorszym Jonaszem jest stryj Salters, jeśli chodzi o jego własne szczęście... żeby tylko to szczęście nie rozszerzało się jak ospa! On powinien być na Carrie Pitman; ten bat jest chyba sam dla siebie Jonaszem... i jego załoga ...wszystko do niczego! Jak Boga kocham! Jeszcze się kiedy rozbiją podczas ciszy morskiej!

— W każdym razie oddaliliśmy się od flotylli — zauważył Disko — nade wszystko zaś od Carrie Pitman.

Na pokładzie rozległo się stukanie.

— Stryjowi Saltersowi coś się udało! — odezwał się Dan po odejściu ojca.

— Przejaśniło się! — krzyknął Disko.

Wszyscy jęli na wyścigi gramolić się w górę, chcąc łyknąć choć odrobinę świeżego powietrza. Mgła rozproszyła się, ale morze było jeszcze posępne. We’re Here dostał się jakby w długie, zapadnięte ulice i fosy, które wyglądałyby bezpiecznie i przytulnie, gdyby tylko chciały ustać spokojnie w jednym miejscu; one jednak zmieniały się bez wytchnienia i bez litości, raz po raz wyrzucając szoner na wierzchołek jednego z tysiąca szarych wzgórków, jednocześnie zaś wiatr, wijąc się wężykiem po stokach, huczał i wył wśród olinowania. Gdzieś tam w oddali wzbijał się w górę co pewien czas pęk białej piany, a tuż za nią, jakby na dany znak, biegły inne. Cztery czy pięć „ptasząt matki Carey24” kołowało zawzięcie, wrzeszcząc wniebogłosy, ilekroć mijały sztabę okrętu.

— Zdaje mi się, że tam coś migoce — rzekł stryj Salters, wskazując w stronę północno-wschodnią.

— Chyba to nie ktoś z gromady maszopskiej — zauważył Disko, bacznie wytężając źrenice spod zmarszczonych brwi. — Morze wygładza się. Danny, nie miałbyś ochoty wejść na maszt i zobaczyć, jak tam się trzyma nasz pław?

Danny, mimo że miał na nogach olbrzymie buciska, wszedł raczej, niż wdrapał się, po masztowiźnie (zazdrość żarła serce Harvey’a), uczepił się zawrotnego szlągu i wodził wzrokiem, póki nie dostrzegł małego czarnego stojaka kołyszącego się na grzbiecie skłębionej fali, o jakąś milę opodal.

— Jest na swoim miejscu — oznajmił. — Hej, żagiel! Od północnej strony... wali, jak w dym, ku nam! I to jeszcze szoner!