Już wcześniej odnalazł miejsce pod siennikiem na pryczy, gdzie Disko trzymał stary, zaśniedziały kwadrant, który tu przezwano „świńskim jarzmem”. Ilekroć stary rybak wymierzał położenie słońca i odszukiwał szerokość geograficzną, Harvey zeskakiwał do kabiny, by na zardzewiałej rurze komina wypisać gwoździem obliczenia i datę. Doprawdy, sam nawet główny inżynier na pokładzie liniowca nie potrafiłby tu zrobić nic więcej; żaden też inżynier z trzydziestoletnią praktyką nie potrafiłby ani w połowie naśladować tej miny morskiego bywalca, z jaką Harvey (nie zapomniawszy nigdy splunąć wpierw za burtę) ogłaszał wszem i wobec, gdzie w danym dniu znajduje się szoner — po czym (ale nigdy wcześniej) odbierał kwadrant z rąk Diska. We wszystkich tego rodzaju sprawach obowiązuje pewien rytuał.

Wspomniane „świńskie jarzmo”, mapa, Retman Pobrzeżny Blunta i Żeglarz Bowditcha — były to wszystkie przyrządy stanowiące dla Diska drogowskaz podróży, oprócz ołowianki głębinowej, która była dodatkowym przewodnikiem. Harvey o mało nie zabił nią Penna, pobierając od Toma Platta początkową naukę „wypuszczania siwego gołąbka”. Jakkolwiek nie posiadał siły dostatecznej do ustawicznego sondowania głębi przy każdej pogodzie, jednakże, gdy morze było spokojne, Disko zatrudniał go bez skrupułów do zapuszczania siedmiofuntowej ołowianki na płyciznach.

— Nie takiego to sondowania potrzeba ojcu. To tylko dla wprawy. A namaść ją dobrze, Harve.

Harvey smarował łojem wgłębienie na jej końcu, a wszystko co wyłowił — piasek, muszle, namuł czy co innego — przynosił skrupulatnie Diskowi, który brał to w palce, wąchał i oceniał. Ilekroć (jak już wspomniano) Disko myślał o dorszach, myślał tak, jakby sam był dorszem — dzięki jakiemuś wypróbowanemu skojarzeniu instynktu i doświadczenia przerzucał swój statek z łowiska na łowisko, zawsze wespół z rybą, jak ociemniały szachista przesuwa figury na niewidzianej szachownicy.

Lecz dla Diska szachownicą była Wielka Rewa — trójkąt o bokach mających po dwieście pięćdziesiąt mil długości — pustkowie sieczone nawałnicami, nawiedzane złowrogą krą lodową, poryte śladami liniowców i nakrapiane żaglami rybackich maszoperii.

Po całych dniach pracowali we mgle; Harvey stale pełnił służbę koło dzwonu — aż na koniec, oswoiwszy się już z przeciwnościami aury, wybrał się pewnego razu w towarzystwie Toma Platta, z niemałym lękiem w sercu, na pełne morze. Ponieważ jednak mgła ani rusz nie chciała się podnieść, a ryby chwytały przynętę, przeto niepodobieństwem było trwać w bezradnym lęku przez sześć godzin; toteż Harvey gorliwie zajął się linkami i ościeniem, czyli śluzownikiem, jak go zwał Tom Platt. Po sześciu godzinach ruszyli z powrotem ku szonerowi, kierując się dźwiękami dzwonu oraz instynktem Toma; niedaleko od nich głosem cichym i słabym pobrzmiewała trąbka Manuela. Była to wszakże próba niemal nad siły ludzkie, toteż w nocy po raz pierwszy w tym miesiącu śniły się Harvey’owi dymiące spiętrzenia wód dokoła łodzi, liny, które zapadały gdzieś w nicość, i to wiszące nad nim powietrze, które od spodu zlewało się z tonią morską — o jakie dziesięć stóp od wytężonych źrenic chłopca. W parę dni później wyprawił się w towarzystwie Manuela na większą głębię. Powinna mierzyć czterdzieści sążni — ale odwinięto już całą linkę, a kotwica jeszcze nie zahaczyła się o dno. Harvey śmiertelnie się przeraził, jakoby już stracił ostatnią łączność z ziemią.

— Jama Wielorybia — rzekł Manuel, zwijając linę. — To ci będzie z Diskiem uciecha! W drogę!

I jęli wiosłować w stronę szonera, gdzie zastali Toma Platta i innych pokpiwających sobie z szypra, że przecież raz przyprowadził ich nad brzeg jałowej Jamy Wielorybiej — jak zwano czeluść pośrodku Wielkiej Rewy. Przebijając się przez mgły, obrali sobie nowe stanowisko. Tym razem włosy stanęły na głowie Harvey’owi, gdy w Manuelowej łodzi wypłynął znów na morze. W głębi białej mgły posuwało się coś białego, ziejącego tchnieniem grobowego chłodu. Było to pierwsze spotkanie Harvey’a ze straszliwą górą lodową, nawiedzającą latem Ławice. Z przerażenia ukrył się na dnie łodzi, natomiast Manuel zaczął się śmiać...

Trafiały się i dni jasne, ciepłe, gdy grzechem wydawało się czynić co innego, jak ciągać rybackie wędy i muskać wiosłem słoneczne wody; bywały też dni pełne rześkich wiatrów, a wtedy Harvey’a uczono, jak się steruje szonerem, by przerzucić go na inne położenie.

Serce i dusza drgnęły mu radością, gdy po raz pierwszy wyczuł, że kil statku jest posłuszny jego ręce złożonej na szprychach, prześlizgując się ponad długimi bruzdami wodnej powierzchni, w miarę jak fokżagiel, niby krzywiec srebrnego sierpa, siekał błękitny przestwór powietrza. Była to rzecz zaiste wspaniała! — chociaż Disko zrzędził, że żmija połamałaby sobie kręgosłup, gdyby miała płynąć tym torem. Atoli jak to zwykle bywa, pycha stała się przyczyną klęski. Właśnie płynęli pod wiatr, rozpiąwszy sztakżagiel — na szczęście już stary; Harvey silnym zamachem wykręcił statek, chcąc pokazać Danowi, do jakiego stopnia opanował już sztukę sterowania. Fokżagiel z hukiem runął w morze, a gafla przednia przebiła i rozdarła sztakagiel, który jednakże zabezpieczony sztakiem nie poszedł za tamtym do wody. W przerażającym milczeniu usunięto awarię, a Harvey przez kilka następnych dni wszystkie wolne godziny spędzał pod bokiem Toma Platta, ucząc się, jak należy posługiwać się igłą, by wynagrodzić uczynioną szkodę. Dan z radości darł się wniebogłosy, powiadając, że sam też w swych młodszych latach nieraz palnął podobne głupstwo.