— Ech, kto by tam sobie głowę zaprzątał tym, co oni tam o nas będą gadać?

— Ej, bo też będą o nas mieli co opowiadać przez wiele lat!... W tym cała bieda! — sarknął Disko. — Och, te makuchy! I to jeszcze czymś posypane!

— Juści, że solą, a nie czym innym — podchwycił niepoprawny stryj Salters, zaczytany w nowojorskiej gazecie, gdzie były wiadomości gospodarcze sprzed paru tygodni.

— To cios śmiertelny dla mojej rybackiej i marynarskiej ambicji! — mówił dalej Disko.

— Ja na to całkiem inaczej patrzę — rzekł Długi Dżek, biorąc na siebie rolę rozjemcy. — Pomyśl, Disko! Gdyby tak jakiś inny statek... jakiś pasażerski płynął sobie w taką pogodę i spotkał takiego zawalidrogę... to czy podałby mu wszystkie jakie potrzeba dane... podałby mu, wszystko co potrzeba?... pogadałby mu dokumentnie, na rozum, o sterowaniu i inszych sprawach morskich?... Juści, że nie!... Zapomnijże więc o tym! Dyć35 i to prawda, że oni nie zapomną. Oddałeś im pięknym za nadobne... tęgoś im przysolił36... w dwa ognie żeście ich wzięli... i dwa razy wyszliśmy cało.

Dan kopnął Harvey’a pod stołem, a Harvey zachłysnął się zawartością swej czarki.

— A jakże, jakże — ozwał się Salters, czując, że honor jego doznał pewnej satysfakcji. — Zanim zacząłem z nimi gadać, powiedziałem im, że to nie moja sprawa.

— Jest w tym racja — wtrącił się Tom Platt obeznany z etykietą i dyscypliną — jest w tym racja: powinieneś był, Disko, zabronić mu mówić już wtedy, gdy wedle twej rachuby zanosiło się na to, że rozmowa będzie taka... jaka być nie powinna...

— Nie wiedziałem, że taka będzie — odpowiedział Disko, widząc, że nie pozostało mu nic innego, jak tylko wycofać się z honorem. — Nie mogłem tego zrobić...

— Co znowu! Dyć można było to zrobić — ozwał się Salters — przecież jesteś szyprem. Ja bym tu na każdy twój znak zaraz z chęcią przerwał tę gawędę... nie z przekonania ani też innych pobudek, ale żeby dać dobry przykład tym dwu naszym utrapionym chłopakom.