A niebo i morze były zmielone jak mąka na miazgę białej, mlecznej mgły.
Nagle Harvey poczuł, że się znajduje w pobliżu jakiegoś poruszającego się cielska — i uświadomił sobie, że spogląda coraz to wyżej i wyżej, na ociekający wodą, dziób okrętu pędzący (zda się) wprost na szoner. Przed tym dziobem zawadiacko toczył się opuszek wody, a za każdym wzniesieniem się tegoż widać było długi szereg liczb rzymskich — XV, XVI, XVII, XVIII itd. — na czerwono malowanym, połyskującym boku okrętowym. Wszystko to pędziło naprzód w ustawicznych przegibach, z sykiem, od którego z trwogi zamierało serce... — Skala cyfr już znikła — przed oczyma Harvey’a mignął rząd okrągłych okien kajut, ujętych w mosiężne futryny — na bezsilnie wzniesione ręce chłopaka zionął kłąb gorącej pary, po czym słup wrzącej wody zahuczał wzdłuż burty We’re Here. Mały szoner zadygotał i zakołysał się gwałtownie na wzburzonej topieli rozdartej uderzeniem śruby okrętowej — jednocześnie zaś ujrzano rufę liniowca ginącą już we mgle. Harvey był już przygotowany na atak choroby morskiej lub omdlenie — albo na jedno i drugie — gdy nagle doszedł go silny łoskot jakby pnia masztowego, walącego się na pokład, a w chwilę potem obiło się o jego uszy jakieś ciche, niewyraźne i odległe, jakby ze słuchawki telefonicznej wychodzące wołanie:
— Zatrzymajcie się! Zatopiliście nas!
— Czy to my? — spytał Harvey zdławionym głosem.
— Nie! to jakiś inny bat... po tamtej stronie. Dzwoń co sił. Zobaczymy, co się tam stało — odpowiedział Dan, spuszczając łódź na wodę.
W pół minuty później wszyscy oprócz Harvey’a, Penna i kucharza zeszli na łódź i popłynęli na morze. W tejże chwili przed dziobem statku przemknął dryfujący złom strzaskanego fokmasztu, pochodzący najwidoczniej z jakiegoś szonera. Tuż za nim nadpłynęła pusta zielona łódź rybacka i jęła obijać się o bok We’re Here, jak gdyby prosiła, by ją wzięto na pokład... Tuż obok łodzi ukazała się jakaś postać w błękitnym kubraku zwrócona twarzą w dół... ale były to tylko szczątki człowieka. Penn zmienił się na twarzy i rozwarł szeroko usta, wydając jakiś nieartykułowany dźwięk. Harvey tłukł w dzwon rozpaczliwie, lękając się, że lada chwila tamci mogą zatonąć... Aż podskoczył z radości, posłyszawszy wołanie Dana. Oto załoga powracała.
— To Jennie Cushman... — wyjaśnił Dan ze spazmem w głosie — ...rozcięta w pół ...wywróciła się dnem do góry ...i tak ją zmiażdżyło!... Niecałe ćwierć mili stąd... Tato wyratował staruszka. Nikt więcej nie ocalał, a... a on miał syna! Och, Harvey, Harvey, nie mogę, nie mogę myśleć o tym spokojnie! Widziałem...
Opuścił głowę i rzewnie zaszlochał. Tymczasem inni wyciągali na pokład jakiegoś siwego mężczyznę.
— Po coście mnie wyciągnęli? — jęczał przybysz. — Disko, po cóżeś mnie wyciągnął?
Diskowi głowa ciężko osunęła się na barki, bo oto nieszczęśnikowi wargi się trzęsły, a szeroko rozwarte oczy dziko spoglądały na milczącą załogę. Nagle powstał i głos zabrał Pennsylwania Pratt, który — ilekroć stryjowi Saltersowi wyleciało z pamięci jego nazwisko — nazywał się również Haskins, Rich lub M’Vitty; twarz jego z głupiej gęby prostaczka przemieniła się w oblicze sędziwego mędrca — i głosem donośnym jął przemawiać: