— Toć on nie Penn! — wykrzyknął stryj Salters. — To Jakub Boller... i... przypomniał sobie Johnstown! Nigdym nie widział takich oczu u nikogo z żyjących! Co teraz czynić? Co teraz pocznę?
Słychać było głosy Penna i Jazona. Potem dochodził już tylko głos samego Penna. Salters zdjął kapelusz — bo Penn odprawiał modły. W czas jakiś potem wyszedł znów po schodach na pokład i objął wzrokiem załogę — na twarz mu wystąpiły olbrzymie krople potu. Dan wciąż popłakiwał przy sterze.
— On nas nie poznaje — jęknął Salters. — I na cóż tu się zdało wszystko... te warcaby i różności?... i jak on teraz do mnie przemówi?
Penn przemówił — z głosu jego wnioskować można było, że mówi do ludzi obcych.
— Modliłem się — brzmiały jego słowa. — Nasz lud wierzy w potęgę modlitwy. Modliłem się o życie syna tego człowieka. Moi wszyscy utonęli przed moimi oczyma... i ona, i mój pierworodny... i inni. Czy człowiek ma być mędrszy od swego Stworzyciela? O ich życie nigdy się nie modliłem, lecz modliłem się za syna tego człowieka... i syn niewątpliwie do ojca powróci.
Salters — jakby się usprawiedliwiając wzrokiem — wpatrywał się w Penna, chcąc się przekonać, czy on go sobie przypomina.
— Jak długo byłem obłąkany? — zapytał nagle Penn, a usta mu się zacisnęły.
— Pst! Penn! Nigdy nie byłeś obłąkany — zaczął Salters. — Byłeś tylko trochę roztargniony.
— Widziałem, jak domy uderzały o most, zanim roznieciły się ognie. Więcej nic nie pamiętam. Jak dawno to było?
— Nie zniosę tego! Nie zniosę! — zaczął wołać Dan, a Harvey pochlipywał ze współczucia.