— Czy nie słyszycie, jak huczy? — zawołał. — Do wioseł, jeżeli chcecie zachować marne życie!
Tamci klęli i chcieli wszcząć kłótnię, ale łódź już dryfowała. Tymczasem następna rolinga nieco się wstrzymała w miejscu, jak człowiek, który potknął się na dywanie. Coś zaszlochało niby z samej głębi duszy, rozbrzmiał ryk coraz to się wzmagający — i oto „Dziewica” bluznęła ponad morskie snadzizny białym do szaleństwa, potwornym słupem spienionej wody, mającym ze dwa akry powierzchni.
Wówczas załogi wszystkich łodzi obdarzyły Długiego Dżeka gromkimi oklaskami, a Galwajczycy zamilkli jak niepyszni.
Ze strony, gdzie mgła leżała gęściej i gdzie szonery zmuszone były sygnalizować swą obecność dźwiękiem dzwonów, doszedł nagle jakiś odgłos. Z doki wynurzyła się ostrożnie barka, którą natychmiast od strony Irlandczyków przywitano krzykiem i wrzawą:
— A chodź no tu bliżej, kochasiu!
— Czy znów Francuzi?
— Gdzie masz oczy? To statek baltimorski, zawdy wystraszony i rozdygotany — odrzekł Dan. — Zaraz mu napędzimy takiego pietra, że drżeć na nim będą nawet belki i tarcice. Zdaje mi się, że jego szyper po raz pierwszy w ogóle odważył się na takie spotkanie z naszą flotyllą.
Była to czarna, niezdarna komięga, pojemności 800 ton. Grotżagiel miała podwinięty w górę, a topżagiel trzepotał bezradnie z leciuchnym wiaterkiem. Barka jest istotą rodzaju żeńskiego w większym stopniu niż wszystkie inne córy morza — a ta dryblasta, zakłopotana klępa o białym i wyzłacanym galionie wyglądała całkiem jak jakaś onieśmielona kobiecina, z lekka unosząca spódnicę, ażeby wśród urągań łobuziaków przejść przez błoto uliczne. Boć jej położenie było też niemal takie samo. Wiedziała, iż znajduje się gdzieś w pobliżu „Dziewicy”, boć słyszała potężny huk kipieli; przeto pilnie rozpytywała się o drogę. Oto urywki tego, co jej odpowiadano z pląsających łodzi rybackich.
— „Dziewica”? Co też wygadujecie? Toć to Le Have, a właśnie jest niedziela... Wracajcie do domu, żeby trochę wytrzeźwieć!
— Do domu, wałkonie! Do domu!