— Hola! Mahbubie Ali! — syknął chłopak. — Strzeż się!
Jeździec ściągnął cugle, aż koń niemal przysiadł na zadzie, po czym dał szczupaka w stronę mostku.
— Nigdy już — mówił Mahbub — nie wezmę podkutego konia na nocne przejażdżki. W mieście zrywają sobie nogi i gwoździe. — Zsiadł z konia, by obejrzeć przednią nogę konia, i zbliżył głowę na odległość piędzi ku głowie Kima.
— Na dół... schowaj się! — mruknął. — Noc ma tysiące oczu.
— Za wagonem z końmi dwaj ludzie czekają twego przybycia. Chcą cię zastrzelić, gdy będziesz spał, ponieważ nałożono cenę na twoją głowę. Słyszałem to, drzemiąc w pobliżu.
— Czyś ich widział?... Stójże spokojnie, diabelska mości! — krzyknął z wściekłością na konia.
— Nie.
— Czy jeden był ubrany jak fakir?
— Jeden mówił do drugiego: „jakiż z ciebie fakir, że boisz się czatować przez chwilę?”.
— Dobrze. Wracaj do obozu i połóż się spać. Nie zginę dziś w nocy.