— Widziałem dwu ludzi, którzy prawie przez całą noc czatują pod jednym z wagonów. Fakirowie nie kradną koni, więc nie zaprzątnąłem sobie nimi głowy. Chciałbym znaleźć Lutufa Ullaha, mego wspólnika.
— A bodajże cię! Toś ty sobie tym nie zaprzątał głowy? Słowo daję, przynajmniej dobrze, żem ciebie spotkał. Jak oni wyglądali, hę?
— Byli to po prostu fakirowie. Potrafią co najwyżej ukraść nieco zboża z jednego z wagonów. Państwo na tym nie traci ni ociupinki... Przyszedłem tu, by odszukać mego wspólnika, Lutufa Ullaha...
— Co mi tam twój spólnik! Gdzie twoje wagony z końmi?
— Trochę z tej strony... na samym końcu... tam gdzie ustawiają lampy dla pociągów...
— Na semaforze. Aha!
— Na szynach najbliższych drogi po prawej ręce... patrząc... o tak! Wzdłuż toru. Lecz co się tyczy Lutufa Ullaha... jest to człek słusznego wzrostu, ma nos złamany... i chodzi z chartem perskim... Ojej!
Młodzik biegł już w te pędy, by obudzić młodego i zapalczywego policjanta, bo, jak mówił, kolej poniosła niemało strat wskutek kradzieży w magazynach. Mahbub Ali tłumił śmiech pod umalowanym wąsem.
— Oni tam pójdą w butach i narobią hałasu, a potem będą zachodzić w głowę, czemu z fakirów nie zostało ani słychu-dychu. Grackie to chłopaki... sahib Barton i sahib Young!
Czekał bezczynnie przez parę chwil, spodziewając się, że zobaczy ich biegnących wzdłuż ogrodzenia toru na miejsce działania. Przez stację przemknął się mały parowóz, a na jego tendrze Mahbub ujrzał w przelocie postać Bartona.