Napełnili więc znowu tacę najprzeróżniejszymi rupieciami i odpadkami zbieranymi w sklepie, a nawet po kuchni; za każdym razem dzieciak zwyciężał, aż Kim nie mógł wyjść z podziwu.
— Zawiąż mi oczy... niech no tylko pomacam palcami, a nawet i wtedy zakasuję ciebie, choć będziesz miał oczy odsłonięte! — wyzywał go malec. Kim tupnął ze złości, gdy chłopczyna stwierdził słuszność swej chluby.
— Gdyby to byli ludzie... lub konie — odezwał się — poszłoby mi lepiej. To granie szczypcami, nożami i nożyczkami jest rzeczą zbyt błahą.
— Najpierw się naucz... potem będziesz uczył innych! — upomniał go sahib Lurgan. — Czy uznajesz go za swego mistrza?
— Juści114. Lecz jak tej sztuki dokazać?
— Powtarzając to wiele razy, póki się nie dojdzie do wprawy... Trud się opłaci.
Mały Hindus, wielce spanoszony115, poklepał Kima po plecach.
— Nie rozpaczaj! — rzekł. — Ja cię tego nauczę.
— A ja się przekonam, że cię dobrze nauczono — rzekł sahib Lurgan, posługując się wciąż językiem krajowym — bo oprócz mego chłopca... (wprawdzie to głupio z jego strony, że kupił tyle białego arszeniku, bo przecież dałbym mu sam, gdyby mnie poprosił)... a więc oprócz tego oto chłopaka nie spotkałem już od dawna nikogo, kto by był godniejszy nauki. A upłynie jeszcze dziesięć dni, zanim będziesz mógł powrócić do Lucknow, gdzie nie uczą niczego... co by miało dłuższą wartość. Zdaje mi się, że będziemy przyjaciółmi.
Przez dziesięć dni dopuszczali się najgorszych wybryków, jak istne wariaty, lecz Kim zanadto był rozbawiony, by mógł nazbyt zdawać sobie sprawę z tego szaleństwa. Rano grywali w grę klejnotów — raz prawdziwymi kamieniami, to znowu stosami mieczów i sztyletów, kiedy indziej zaś fotografiami krajowców. Po południu obaj odbywali wartę w sklepie, siedząc jak trusie za zwałem kobierców lub za skrzynią i przyglądając się wielu osobliwym gościom pana Lurgana. Bywali tam drobni radżowie, których orszak pokaszliwał na werandzie; przybywali, by kupować różne cuda — takie jak fonografy i nakręcane zabawki. Przychodziły i panie poszukujące naszyjników, i mężczyźni, którzy, jak się zdawało Kimowi (lecz umysł jego może był zepsuty przedwczesnym doświadczeniem), poszukiwali kobiet. Przybywali też krajowcy z niezawisłych i lennych dworów królewskich; niby przywiodła ich tu naprawa pokruszonych naszyjników (strugi światła wylewały się na ladę) — istotnym jednak celem było pono116 wydębienie forsy dla gniewnej maharani (królowej) lub młodych radżów. Zjawiali się też i babu117 do których sahib Lurgan przemawiał surowo i poważnie, wszakoż pod koniec każdej pogwarki dawał im pieniądze srebrem lub w banknotach obiegowych. Od czasu do czasu zdarzały się dorywcze zebrania jakichś wystoperczonych krajowców w długich chałatach, którzy rozprawiali po angielsku i bengalsku o metafizyce, ku wielkiemu zbudowaniu pana Lurgana. Kwestie religijne zawsze go interesowały. Na schyłku dnia Kim i mały Hindus (którego imię zmieniało się zależnie od widzi mi się Lurgana) musieli zdawać szczegółowo sprawę ze wszystkiego, co widzieli i słyszeli, wypowiadać poglądy o charakterze każdego człowieka, ujawniającym się w twarzy, rozmowie i zachowaniu, oraz snuć przypuszczenia co do rzeczywistego celu jego przybycia. Po obiedzie słabostką sahiba Lurgana była zazwyczaj tak zwana maskarada; w tej zabawie uczestniczył z całym oddaniem, nie szczędząc rad i wskazówek. Umiał cudownie podmalowywać twarze: tu pacnął pędzlem, tam namazał krechę — i już twarz zmieniała się do niepoznaki. W sklepie było zatrzęsienie najprzeróżniejszych ubrań i zawojów, więc Kim stroił się rozmaicie: raz występował jako młody mahometanin z dobrej rodziny, jako olejarz — to znowu jako syn ziemianina z Oudh w kompletnym przyodziewku tubylczym. Sahib Lurgan jastrzębim okiem umiał odkryć nawet najdrobniejszą usterkę w wykonaniu. Spoczywając na starym tapczanie z drzewa tekkowego118, wykładał chłopcom jednym ciągiem przez pół godziny, jak jaka kasta mówi, chodzi, kaszle, pluje, kicha; a ponieważ „jak” niewiele znaczy na tym świecie, dodawał przy każdej rzeczy też: „dlaczego”. W tej grze mały Hindus okazywał się niezdarą. Jego rozumek, cięty jak sopel lodowy, gdy szło o liczenie kamieni, niezdolny był do tego, by wnikać w cudzą duszę; natomiast w Kimie budził się istny diabeł, śpiewał z uciechy, gdy ustawicznie zmieniał odzież, odmieniając jednocześnie mowę i ruchy.