Lama westchnął.

— Myślałem, że zostałeś mi z niebios zesłany na przewodnika. Takie rzeczy czasem się zdarzają... ale jam tego niegodzien. Więc ty nie wiesz nic o tej rzece?

— Nic mi do niej! — roześmiał się Kim jakoś przykro. — Ja chcę szukać... szukać byka... Ryżego Byka w zielonym polu, który ma mi pomagać.

Ilekroć ktoś ze znajomych wystąpił z jakim zamiarem, Kim — iście po chłopięcemu — na poczekaniu snuł własne pomysły; i również, jak to chłopak, naprawdę ze dwadzieścia minut wszystkiego myślał o przepowiedni swego ojca.

— W czym pomagać, dziecino? — zapytał lama.

— Bogu to tylko wiadomo, ale tak mi mówił mój ojciec. Słyszałem w Domu Cudów twoje opowiadanie o tych najprzeróżniejszych dziwnych miejscowościach wśród gór; jeżeli więc ktoś tak stareńki i tak nawykły do mówienia prawdy może puszczać się w podróż dla rzeczy tak błahej, jak jakaś tam rzeka, to zdawało mi się, że i ja też powinienem ruszyć w drogę. Jeżeli naszym przeznaczeniem jest znaleźć te rzeczy, to je odnajdziemy — ty swoją rzekę, a ja swego Byka i te mocne Filary, i jeszcze kilka rzeczy, które już mi wyszły z pamięci.

— Ja chciałbym się uwolnić nie od Filarów, lecz od Błędnego Koła — rzekł lama.

— Wszystko jedno. Może mnie tam zrobią królem — rzekł Kim pogodnie, przygotowany na wszystko.

— W drodze nauczę cię innych i lepszych pragnień — odparł lama tonem zwierzchniczym. — Chodźmy do Benares.

— Nie teraz po nocy. Na drodze pełno zbójców. Zaczekajmy do dnia.