— Najpierw z listów dobrotliwego księdza, któregośmy spotkali w obozie zbrojnych ludzi; ale ów odjechał do swej ojczyzny, a ja posyłałem pieniądze jego bratu...
(Pułkownik Creighton, na którego ojciec Wiktor, odjeżdżając z Maverickami do kraju, przelał swe pełnomocnictwa, nie był wcale bratem kapelana).
— ...ale listy sahibów nie są mi nazbyt zrozumiałe; trzeba mi je tłumaczyć. Wybieram drogę pewniejszą. Wielekroć, gdym ze swych poszukiwań powracał do świątyni, która zawsze mi była gniazdem, przybywał tu człek szukający oświecenia... rodem z Leli... mówił o sobie, że był przody wyznawcą religii hinduskiej, ale sprzykrzyły mu się te oto wszystkie bóstwa.
Lama wskazał ręką Arhaty.
— Człek dobrej tuszy? — zapytał Kim, a oczy mu się zaiskrzyły.
— O, bardzo otyły!... Ale wkrótce zmiarkowałem, że umysł jego był zaprzątnięty bezużytecznymi fraszkami... dowiadywał się o diabły, gusła, o sposoby i obrzędy picia herbaty w naszych klasztorach oraz o procedurę przyjmowania nowicjuszów. Człek niewyczerpany w pytaniach; ale on był twoim przyjacielem, chelo. Opowiadał mi, że miałeś pozyskać wielkie zaszczyty jako pisarz. Ja zaś widzę, że jesteś lekarzem.
— Tak, jestem... pisarzem, dopóki jestem sahibem, ale z tym wszystkim teraz kwita, skoro występuję jako twój uczeń. Jużem przebył lata przepisane dla sahibów.
— Więc jakby nowicjat? — zapytał lama, kiwając głową. — Czy cię już zwolniono ze szkół? Nie chciałbym mieć w tobie niedouka.
— Jestem już wolny jak ptak. Gdy nadejdzie czas po temu, obejmę posadę rządową jako pisarz...
— Nie jako wojownik. To dobrze.