— Nie tacy oni głupi! Jeżeli w Delhi dostanę się w ręce sprawiedliwości, to na podstawie dowodami popartej skargi o zabójstwo wydadzą mnie państwu, które sobie tego życzy. Odeślą mnie z powrotem pod strażą, a potem... zginę powolną śmiercią dla postrachu reszty naszych. Nie dla mnie południowa kraina. Biegam wciąż w kółeczko... niby kozioł jednooki. Od dwu dni nie miałem ni kęsa w gębie Jestem oszelmowany — (tu wskazał brudny opatrunek na nodze) — więc poznają mnie w Delhi od razu.

— Przynajmniej w te-rain jesteś bezpieczny.

— Przepędź roczek w wielkiej grze, a zobaczymy, czy powiesz to samo. W Delhi będą już rozesłane o mnie wieści telegraficzne, opisujące każdy mój strzęp i każdą chadrę. Dwudziestu... a w razie potrzeby i stu ludzi... poświadczy, że widzieli, jak zabiłem tego chłopca. A ty tu siedzisz po próżnicy!

Kim, znając doskonale tutejsze sposoby walki, nie wątpił, że w tym wypadku wszystko było dokładnie obmyślane... nie wyłączając trupa... Mahratta co pewien czas strzykał palcami z bólu. Kamboh ze swego kąta patrzył posępnie; lama zajęty był pacierzami, a Kim, obmacując niby to po lekarsku szyję towarzysza, mruczał zaklęcia i obmyślał plan działania.

— Czy masz jakie czary, by odmienić mą postać!? Inaczej zginę. Pięć... dziesięć minut sam na sam... i gdybym nie był tak przynaglony koniecznością... może bym...

— Czy on już wyleczony, cudotwórco? — ozwał się Kamboh z zazdrością. — Już dość długo go czarujesz!

— Nie, na jego rany nie ma, jak widzę, lekarstwa, jak tylko żeby trzy dni pobył w stroju bairagi.

Jest to zwykła pokuta, jaką często tłustym kupcom naznaczają kierownicy duchowni.

— Klecha to zawsze drugiego chce zrobić klechą! — zabrzmiała złośliwa uwaga... Kamboh, jak to się trafia zazwyczaj u zabobonnych prostaków, nie umiał trzymać języka za zębami, gdy szło o wyszydzenie zwierzchności duchownej.

— Więc, czy twój syn będzie klechą? Już mu czas, by zażył znów chininy.