— Przyjacielu gwiazd, we wszystkim postępowałeś dobrze. Niech się stanie, jak ci się podoba. Czy to nowe uleczenie?

— Prędko! Spiesz się! — westchnął Mahratta. — Pociąg może się zatrzymać.

— Uleczenie z mroków śmierci — rzekł Kim, mieszając mąkę Kamboha z roztartym węglem drzewnym i tytoniem w glinianej nasadzie fajki. E-23, nie mówiąc już ni słowa, ściągnął turban i rozpuścił długie krucze włosy.

— Toć to moje jedzenie... kapłanie!... — burczał Dżat.

— Bawół w świątyni! Toś ty ważył się dotychczas mnie podpatrywać! — ozwał się Kim. — Muszę odbywać tajne obrzędy wobec głupców, ale zważaj no na swe oczy! Czy nie zachodzą już bielmem? Uratowałem ci bachora, a ty mi za to... o bezwstydny!

Chłop bał się teraz patrzeć przed siebie, bo Kim uniósł się nie na żarty:

— Czy mam cię przekląć, czy też...! — i porwawszy pokrowiec tłumoka zarzucił go na schyloną głowę Kamboha. — Spróbuj no choćby w myśli mnie podpatrywać, a... a... nawet ja nie będę mógł cię ocalić. Sza! Milcz jak pień!

— Jestem ślepy... niemy. O, nie chciej mnie przeklinać! Cho... chodź, dziecino; zabawimy się w chowankę. Jeżeli mnie kochasz, mój mały, nie wyzieraj spod tego nakrycia.

— Nabieram otuchy — ozwał się E-23. — Jakiż masz plan?

— Zaraz go wykonam — odparł Kim, zrywając z niego cienką koszulę. E-23 zawahał się, czując, jak wszyscy ludzie z północo-zachodu, niechęć do obnażania swego ciała.